4 maja 2016

Zonk


Stanęłam wczoraj na wadze.
I zonk.
Nie przyznam się ile, ale wróciłam prawie do wagi "sprzed ćwiczeń".
Trzeba, naprawdę trzeba coś z tym zrobić.
Żegnajcie batoniki, michałki, trufle, czekolady ....
Czuję, jakbym już umarła. Żeby tak bez żadnych przyjemności w życiu?
Szloch ...



2 maja 2016

Wiosna, wiosna

Wiosna, wiosna ... słońce świeci i choć temperatury ostatnio nie rozpieszczają, to jednak chęci do życia jakby większe. I energia do robienia więcej też jest.
Nerka ma się dobrze (chyba, że za mało piję, wtedy się odzywa), więc wróciłam do ćwiczeń. Szału nie ma, bo na karate skręciłam nogę w kolanie, ale i tak regularny pilates i kijki ratują mnie przed popadnięciem w obłęd ;). Udało mi się nawet wyjechać z garażu rowerem.
Więcej wychodzę z dzieciakami. Na urodziny chłopaki dostały rolki i hulajnogi, więc szaleją na chodnikach.
Meblujemy powoli dom i przed domem. Impulsem jest oczywiście przyjęcie Kuby. Na taras Maciej wyczaił genialne meble. Chcieliśmy komplet z OBI, staliśmy już przy kasie, ale ... zonk ... meble są nieodporne na mrozy. A my nie chcemy bawić się w znoszenie klamotów do piwnicy, nie wiadomo, czy zmieściły by się na schodach. A ten komplet z artelia24 jest świetny. Wszystkie fotele i pufy chowają się pod stół i wystarczy jeden pokrowiec na wszystko. No i są podobno mrozoodporne.
 
W domu też zmiany. W końcu umeblowaliśmy pokój dzienny, przed gwiazdką przybyły też firany, zaprojektowane w pracowni Decor-Style.
Ja z kolei obudziwszy się w zimowego snu postawiłam na rozwój. Zapisałam się na kurs Kamili Rowińskiej w Trójmieście (sierpień), a online zrobiłam kurs Joanny Ceplin dotyczący tworzenia angażujących treści w mediach społecznościowych. Bawię się więc w tworzenie grafik, ciekawych postów, a nawet nieśmiało składam pokazy slajdów.
 Poznałam kilka ciekawych osób, odkryłam flipowanie, mindmaping i sketchnoting. Wsiąkłam.
 Oczywiście w międzyczasie powstają też projekty, ale tak jakby mniej chętnie (wiosna) ;).
Poza tym czytam, koloruję i w końcu czuję, że żyję.
 No i najważniejsze ... rozpędem przy zmienianiu  swojego życia przesiadłam się do pierwszego w życiu MOJEGO samochodu. I am free ... z Edkiem ofcors.

11 lutego 2016

"Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił" Nicola Sellmair, Jennifer Teege

Od czasu do czasu zamiast czytać książkę, po prostu w niej tonę. Czas nie istnieje, istnieje tylko to, co przemyka przez głowę z każdym czytanym słowem. Zaczęłam wczoraj wieczorem, może koło 20-tej. O 2-ej w nocy skończyłam i trochę czasu zabrało mi zaśnięcie. Nie tak łatwo wydobyć się z odmętów innego świata.

Wojna, a zwłaszcza eksterminacja Żydów, to coś, co mojemu pokoleniu towarzyszy od dzieciństwa. Nie tak blisko i "osobiście" jak pokoleniu naszych rodziców, ale na pewno dużo bliżej niż pokoleniu moich dzieci. Odkąd nauczyłam się czytać szukam książek opisujących czasy, kiedy niełatwo było pozostać człowiekiem i w człowieczeństwo nie zwątpić. Do dzisiaj nie ogarniam, jak ludzie mogli robić innym ludziom takie straszne rzeczy.
Jennifer jest czarnoskórą 38-latką, szczęśliwą żoną i matką dwójki urwisów. Ciekawą świata, odważną kobietą, która od czasu do czasu zanurza się w krainę smutku. Pewnie to wina tego, że w dzieciństwie została oddana do sierocińca, a w wieku 6 lat została adoptowana. Kocha jednak bardzo swoich przybranych rodziców i braci, tworzą zgraną rodzinę. Kontakt z biologiczną matką i babcią urwał się po adopcji, czas trochę "zaleczył rany". Jennifer skończyła studia, wyjechała do Izraela, nawiązała bliskie przyjaźnie z mieszkającymi tam dwiema dziewczynami.
Pewnego dnia w bibliotece trafia na książkę o swojej biologicznej matce. Z niedowierzaniem i w coraz większym szoku czyta, że jej matka jest jedyną córką zwyrodniałego sadysty, komendanta obozu koncentracyjnego w Płaszowie, likwidatora krakowskiego getta, Amona Gotha. W ciągu kilku chwil jej życie wywraca się dosłownie do góry nogami. Powrót do normalności, przepracowanie historii rodzinnej, pogodzenie się z faktem, że jest wnuczką wojennego oprawcy zajmie jej ponad 3 lata. Będzie musiała określić się na nowo, będzie musiała od nowa zdefiniować uczucie do biologicznej babci i matki. 
Książka pokazała mi pierwszy raz tak dobitnie, jak bardzo wojna zniszczyła życie kolejnym pokoleniom. Że cierpiały nie tylko ofiary wojny. Że kolejne pokolenia dzieci nazistów i ich sympatyków też zapłaciły bardzo wysoką cenę. Wojna nie kończy się z dniem jej ustania. Prześladuje dzieci i wnuki. Każe konfrontować się z rodzinnymi tajemnicami, milczeniem, obojętnością bliskich. Niszczy życie kolejnym członkom rodziny. Jak domino dotyka swoim piętnem niewinnych. 
Jennifer jest silna, dąży do poznania prawdy. Jedzie do Polski, odwiedza dom, w którym mieszkał dziadek z babcią, obozy koncentracyjne. Wypytuje, odnawia kontakt z matką, usiłuje zrozumieć i nie znienawidzić swojej babci, kochanki komendanta. Zrozumienie dlaczego matka nie była w stanie jej wychować paradoksalnie daje jej wolność i spokój. Najgorsze, że musi opowiedzieć kim jest także przyjaciółkom. Tym, których dziadkowie i krewni zginęli bestialsko zamordowani przez podobnych do jej dziadka nazistów.
Jeszcze teraz myśli krążą mi po głowie jak stado namolnych much. Ta historia nie chce się ode mnie odczepić. Zmusza do poszukiwań podobnych historii. Żeby trochę lepiej zrozumieć tamten czas. Żeby choć dotknąć rzeczywistości, w której mój dziadek ukrywał się przed Niemcami, a babcia do końca życia bała się wody, bo widziała tonący okręt na kanale La Manche.

Pomalutku.
Powrót do bloga ma być jednym z moich kroków ... w jakim kierunku nie wiem, mam nadzieję, że lepszym.
Ostatnie 2,5 miesiąca to okres trudny dla mnie i dla całej naszej rodziny. Jak się psuje jedno koło zamachowe, na dodatek to spajające, to dupa. A popsuła się mama.
Chory kręgosłup okazał się być kamieniem nerkowym, który na dodatek konkretnie utknął w moczowodzie. Przy okazji ujawnił wrodzoną wadę, czyli podmiedniczkowe zwężenie moczowodu. Zwał jak zwał. Grunt, że po prawie roku błądzenia wśród różnych hipotez, oszczędzania się na ćwiczeniach, nawracających bólach ... diagnoza była trafna. Owocem owej diagnozy i rocznego zwlekania okazały się dwie operacje w znieczuleniu dolędźwiowym z "głupim Jasiem" na moje własne życzenie. Dwa miesiące żyję z wszczepionym cewnikiem między nerką a pęcherzem. Dwa miesiące na tabletkach przeciwbólowych, przeciwzapalnych, z zastrzykami przeciwzakrzepowymi. Miesiąc z takim bólem nerki, że czułam się jak obita bejsbolem. Właściwie spędziłam ten czas na fotelu, opłakując walącą się szybko formę, na którą w końcu niemało pracowałam. Smętnie oglądałam nieużywane dvd z ćwiczeniami i ze złością zerkałam na rower treningowy, nówkę nieśmiganą, której nawet nie zdążyłam przetestować. Mimo zapewnień lekarzy, że "mogę wszystko", okazałam się być tym przypadkiem, który "nie może nic". Najgorsze było to, że nawet krótki pieszy spacer kończył się dla mnie dwudniowym krwiomoczem i tępym bólem pleców. Dwa pobyty w szpitalu były całkiem przyjemne. Na pierwszy zabieg szłam optymistycznie nastawiona ... miało być tylko pozbycie się kamienia. Oddział urologiczny to przemili ludzie, świetny ordynator i lekarze, najwspanialsze pielęgniarki pod słońcem, nowy sprzęt. Co z tego skoro skończyło się pociachaniem od środka i zamontowaniem tej paskudnej rureczki. Druga operacja to zupełnie inny humor. Wymęczona spałam przez 3 dni z małymi przerwami, aż pielęgniarki były zaniepokojone, że ich wesoła pacjentka zupełnie nie przypomina siebie. Wyszłam ze szpitala ponaprawiana, jeszcze z cewnikiem, ale ordynator był zadowolony z efektu operacji. Ja mniej, bo znowu paskudnie bolało. W domu na dodatek trafiłam na istny pogrom, epidemię grypy, która w kilka godzin po moim powrocie położyła do łóżka mojego męża, a potem w odstępie dwudniowym Kubę i Kajtka. Całe szczęście powoli dochodzimy do siebie, a ja odliczam dni do poniedziałku. Idę do przychodni wyjąć to całe ustrojstwo. I zamierzam z lekka "zmartwychwstać", ruszyć w końcu tyłek. Bo dla całej rodziny moje siedzenie w domu oznaczało brak ruchu i atrakcji. Dzieci są już z lekka zmęczone takim trybem życia i podkręcają atmosferę. 
Jak to mówią? Byle do wiosny.
Czemu to piszę? Żeby jakoś zacząć. A chwilowo depresyjny nastrój każe mi się porozczulać nad sobą. Potem przyjdzie czas na opisanie Świąt, nowych firanek, przenosin Kacpra do liceum w Toruniu. Teraz jestem ja ...

26 października 2015

Rajd Rowerowy w okolice Miastka - 26 IX 2015 r.

Janusz wyszykował taką przyczepkę, że mucha nie siada. Spokojnie możemy jechać na ten Bornholm. Ale, ale ... nie tak szybko, Wkoło nas tyle ciekawych miejsc, które warto zobaczyć. Dzięki Lechowi, który jest przewodnikiem PTTK, trasa kolejnej wędrówki zostaje ściśle wytyczona. Rowery zapakowane, banany na twarzach, humory i pogoda dopisują. Obieramy kurs na Miastko. Lechu z Mirką jadą swoim samochodem, Ala, Maciej, Wojtek, Marek i ja ładujemy się do wozu Janusza.


Miastko miga nam tylko naprzemiennie wykonaną ścieżką rowerową (uwielbiam ten chaos na ścieżkach i przejeżdżanie z jednej strony na drugą). Zaraz za miastem górka. Cieszę się, że Maciej kupił czapkę Brubeck pod kask, bo wiatr duje jak szalony. Całe szczęście w połowie wycieczki ucichnie, wyjdzie słońce i zrobi się bardzo ciepło. 
Dojeżdżamy do pierwszego przystanku. 
Wołcza Wielka, czyli dwór, kościołek na rozstaju i poszukiwania włochatek krowy ;)

"Miejscowość położona jest w odległości 4 km na południowy-zachód od Miastka nad jeziorami: Wołczyca i Kościelne. Ma zaledwie 300 mieszkańców, ale na Pomorzu stała się znana za sprawą niemieckiej hrabiny Ehrengard von Massow. Była primadonna berlińskiego baletu zamieszkała w Wołczy Wielkiej - dawnej wsi rodzinnej swego męża, którą w 1945 r. wraz z rodziną musiała opuścić. Na początku lat 90. XX w., mając ponad 70 lat i żadnego doświadczenia w hodowli bydła, założyła w Wołczy Wielkiej hodowlę włochatych, czerwonych krów. W tej odważnej decyzji wspierał ją brat, Jobst von Schack, pierwszy w Europie hodowca szkockiego bydła highland cattle. Zwierzęta tej rasy nie wymagają niemal żadnej pielęgnacji. Cały rok przebywają na pastwisku, jedzą tylko trawę, a zimą siano. Są hodowane głównie dla mięsa, stąd nie trzeba ich codziennie doić. W Wołczy Wielkiej znajduje się jedyna na Pomorzu hodowla bydła rasy highland cattle, prowadzona przez przedsiębiorstwo Highland Cattle Zucht. Ekscentryczna hrabina z Wołczy Wielkiej zapisała się w pamięci ludzi również jako organizatorka wielu przedsięwzięć charytatywnych. Choć nie nauczyła się języka polskiego, uczyniła z Wołczy Wielkiej miejsce atrakcyjne dla turystów. Oprócz czerwonych krów w Wołczy warto zobaczyć także zabytkowe budowle: XIX-wieczny dworek otoczony oryginalnym parkiem oraz jedyny w okolicach Miastka czynny kościół ewangelicki, który niemal w całości zbudowany jest z kamieni polnych."

Kościółek widzieliśmy z daleka, zamknięty. Na wysokiej górce, wśród zieleni robił niesamowite wrażenie. Dwór jest zaniedbany, a poszukiwanie krów zajęło Lechowi z 15 minut. Spóźniliśmy się. Ostatnia zdechła 2 lata temu ;) Jedziemy dalej, tropem małych kościółków ryglowych. 
Pierwszy Kościół Niepokalanego Poczęcia napotykamy w Świerznie zbudowany 1710 r., przebudowany w XIX w.
 

Kolejny zobaczymy dopiero za niespełna godzinę. Ale przed nami trudna trasa - polne i leśne dróżki. Piaszczyste, kamieniste, "schodami w górę, schodami w dół". Nic wiec dziwnego, że kiedy dojeżdżamy na miejsce korzystamy ze słoneczka i stołu przed kościołem Niepokalanego Poczęcia w Żydowie.  

 
Pierwszy kościół o nieznanej formie wybudowany został w XVII wieku prawdopodobnie w 1679 r. – WUOZ Delegatura w Koszalinie, natomiast źródła niemieckie podają, że już od 1571 roku pierwszym proboszczem parafii w Żydowie był ks. Martin Gruneberg – Wikipedia, der freien Enzyklopadie. Na przestrzeni wieków kościół w Żydowie był świadkiem wielu wydarzeń na tych zie miach, lecz jako niemy obiekt nie może opowiedzieć o tych wydarzeniach. W jego imieniu mówią ludzie, którym nie jest obojętne jego istnienie i pamięć historyczna. Dzięki tym ludziom, dzisiaj możemy prześledzić – chociaż w szczątkowej formie – historię tego obiektu i ludzi z nim związanych. Obecny kościół wzniesiony został w XVIII wieku (1764r.) w konstrukcji szkieletowej na miejscu wcześniej zbudowanego kościoła, którego fundament (prawdopodobnie) został odsłonięty wzdłuż ściany północnej w czasie remontu kościoła w 2009 roku. Księgi parafialne parafii Żydowo prowadzone były od 1667 roku i znajdowały się 1945 roku w domu parafialnym. Dom parafialny (plebania) znajdował się między budynkiem byłego Nadleśnictwa Żydowo, a obecnym budynkiem leśniczówki Polanów. Budynek plebanii w chwili obecnej już nie istnieje, został rozebrany przez Nadleśnictwo Polanów. Obecny budynek plebanii w 1960 roku został kupiony od PKP. Do 1945 roku mieścił się tu dworzec kolejki wąskotorowej. Wokół kościoła istniał cmentarz przykościelny. W latach dwudziestych XX wieku na terenie cmentarza został postawiony kamienny obelisk na cześć mieszkańcom Żydowa, poległym w czasie pierwszej wojny światowej w latach 1914-1918. Po 1945 roku ogrodzenie cmentarza zostało przesunięte w taki sposób, że obelisk znalazł się poza ogrodzeniem. Przed 1945 rokiem społeczeństwo Żydowa było w przeważającej części wyznania ewangelickiego. Wokół kościoła istniał cmentarz przykościelny. W latach dwudziestych XX wieku na terenie cmentarza został postawiony kamienny obelisk na cześć mieszkańcom Żydowa, poległym w czasie pierwszej wojny światowej w latach 1914-1918. Po 1945 roku ogrodzenie cmentarza zostało przesunięte w taki sposób, że obelisk znalazł się poza ogrodzeniem. Przed 1945 rokiem społeczeństwo Żydowa było w przeważającej części wyznania ewangelickiego.
Kolejna atrakcja czeka na nas po ostrym zjeździe w dół. Rozkoszujemy się z Alą pędem, odpoczynkiem po żmudnych podjazdach. Kraczę, że Lechu pewnie każe nam wjeżdżać z powrotem. I trafiam jak szóstkę w totka. Na dole czeka na nas elektrownia szczytowo-pompowa Żydowo.
Ciekawy obiekt, przystajemy na chwilkę nad wodą, grzejemy w promieniach słońca. Nikt nie pali się do podjazdu ;)

 
 
 

Na szczęście nie taki diabeł straszny jak go malują i bez bólu udaje nam się dojechać na górę. Docieramy do drogi przecinającej kanał. 


Robimy fotki, chcemy ruszać dalej, ale ... coś mnie pcha w jedną stronę kanału. Podjedźmy, proponuję. Mamy zapas czasu. Długi podjazd między laskiem i kanałem kończy się, a nam ... ukazuje się widok dnia.

Zachwycająca perspektywa na dolinę z samego szczytu przepompowni. Zauroczeni prosimy napotkanego pana o wspólna fotkę i w końcu raz widać nas w komplecie. 

 
 

Czas jednak pożegnać wspaniałe widoki i ruszać dalej. Kolejny przystanek w Dziewianach -  kościół św. Teresy od Dzieciątka Jezus zbudowany w 1818 roku.

 
 
 

Końcówka trasy wiedzie przez Sępolno Wielkie. Przysiadamy przy placu zabaw naprzeciwko śmiesznego (łowczyni wież jest zawiedziona, bo kościół wygląda jakby ktoś mu wgniótł wieżę do środka ;)), małego kościółka pw św. Wojciecha w Sępolnie Wlk z 1685 roku. 


 
Ogromny dąb rosnący na cmentarzu w Sępolnie Wielkim jest dziś pomnikiem przyrody. Obok niego znajduje się symboliczne epitafium poświęcone porucznikowi Kurtowi Humelowi z 9. pułku huzarów, który w 1908 r. zginął w trakcie lotu balonem nad Morzem Północnym. Pochodzący z Sępolna lotnik brał udział w prestiżowych zawodach o puchar Gordona Benneta. Właściciel potężnego amerykańskiego koncernu prasowego "New York Herald" ufundował przechodnią nagrodę dla zwycięzców międzynarodowych zawodów balonowych. Pierwsze zawody odbyły się  w 1906 r. W 1908 r. organizatorami kolejnych byli Niemcy. Kurt Humel nie doleciał do mety. Mieszkańcy Sępolna Wielkiego opowiadali, że tuż przed katastrofą balonu na kawałku koszuli wypisał pożegnanie i zamknął je w butelce. Ta butelka po kilku latach została wyłowiona z morza i jak głosi wieść gminna - spoczywa pod cmentarnym kamieniem. Choć jest to tylko grób symboliczny, w Sępolnie przetrwała pamięć o lotniku. Cmentarz często odwiedzają turyści zafascynowani historią niezwykłego pożegnalnego listu zamkniętego w butelce.
 

Nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła inspiracji w postaci ceglanej kaplicy cmentarnej.

 

Ostatni przystanek to Kościół w Kołtkach. Przesycona kościołami podziwiam jednaj nie samą budowlę, a mur z otoczaków oddzielający ją od drogi i zwykłą stodołę kamienną po drugiej stronie drogi. Zwykłą-niezwykłą dla kogoś wychowanego na książkach i programach Zina o pięknie utraconym.

 
 

Po wyczerpującej jeździe wszyscy wypatrują już przyczepki. W drodze powrotnej stajemy w przydrożnej karczmie na przepyszny obiad i pod wieczór lądujemy w domu.
Fotki czarno-białe mojego autorstwa, kolorowe użyczyli Wojciech (głównie ludzie) i Lechu (przede wszystkim zabytki - cieszę się, że trafiłam na podobnego do mnie "wariata" ;))
Jutro moja i Macieja 18-ta rocznica ślubu, więc ten rajd to taki prezent ;) Wojtek z Januszem porobili nam fajne fotki. Dziękujemy.