8 sierpnia 2011

Malbork

Nareszcie wyruszyliśmy gdzieś razem. Po kilku latach postanowiliśmy pokazać Kacprowie ponownie, a Kubkowi po raz pierwszy zamek w Malborku. Odkąd pamiętam, a byłam tam już kilkukrotnie, urzekało mnie to miejsce. Wielkością, rozmachem, architekturą, tajemniczością. Chłopaki zachwycone, Kubek dopytywał się o wyjazd kilka dni wcześniej. Pogoda zrobiła nas zupełnie w balona. Miały być burze, ochłodzenie, a z nieba lał się strumieniami żar. Ofcors ubraliśmy się za ciepło (efekt taki, że dzisiaj w nocy moje nogi łaziły po ścianach), trochę pomogło podwinięcie nogawek spodni, ale tylko trochę. Myślałam, że na zamku będzie chłód starych murów, a moją wędrówkę po krzyżackim cudzie odbywałam od wiatraczka do wiatraczka, od otwartego okna do następnego. Ukrop potęgował fakt, że z przodu przyklejałam się do Kajetanka, a z tyłu do plecaka. Z zazdrością patrzyłam na wczasowiczów w klapeczkach i zwiewnych sukienusiach. I na pary bez dzieci, zagapione w siebie lub słuchające w spokoju przewodnika z audio. Bo tak naprawdę z całego zwiedzania pamiętam tylko sklepienia (taka zawodowa przypadłość), okna (bo przyjemnie chłodziły, nic to wspólnego z podziwem dla kunsztu murarskiego nie miało) i latanie za dzieciakami. Mąż parał się głownie fotoreporterką z wyprawy. Kacper, dopóki mu się baterie nie wyczerpały, także. A ja usiłowałam pilnować na zmianę Kuby i mojej komórki (bo jakże to, tata pstryka, brat pstryka, a on nie??? - efektem tego było prawie 100 zdjęć w komórce, głównie do wykasowania ;). Pozostawała jeszcze kwestia najmłodszego członka wyprawy. Pomna niewygód motania chusty przy publice, tudzież niechęci rzeczonego wkładu do ewolucji dłuższych niż 5 minut, zabrałam tylko Ergo. Sprawdziło się doskonale, także przy dyskretnym karmieniu. Wrzucałam na zmianę z przodu i z tyłu, ale i tak Kajtek się burzył. Bo, kochani, w nosidle nie można przodem do świata, a on by chciał. Bo gdzieś ma zasady matki, które mu widoczność mocno ograniczają. Więc pół zwiedzania to było noszenie w nosidle, pół na rękach. Ofcors przodem. Oczy jak spodki, przebieranie stópkami. Najszczęśliwszy nasz synuś był jednak kiedy wyjęłam przewijak i położyłam na płasko na wielkim balu drewna. Świergotał, gilgotał, zaczepiał wszystkie kobiety i czarował ujmującym uśmiechem. Ćwiczy skubany urok osobisty od kołyski. W tym czasie pozostałe rodzeństwo pod opieką taty zwiedziło Zamek Wysokie (Kubek już zmęczony z lekka protestował) i wspięło się na wieżę. Podobno widok nieziemski. Wierzę na słowo, bo byłam raz jako dziecko i nic nie pamiętam. A przed kilku laty tata zwiedzał wieżę samotnie, a my z Kacprem, lat wtedy bodajże 5, koczowaliśmy na dole. Po obowiązkowym zakupie pamiątek (przybył metalowy mieczyk i włócznia do kompletu), zeżarciu obiadu (w życiu nie byłam tak głodna), nakarmieniu Kajtolinka na sianie (dosłownie, pozostałość po "oblężeniu" Malborka) zaliczyliśmy jeszcze wystawę machin oblężniczych. I w końcu do samochodu. Po moście wątpliwej konstrukcji (w życiu nie łaziłam po tak sprężynującej kładce). Kubek odpadł jeszcze w Malborku, Kajtek nieco poza. Kacper wytrzebił resztę zapasów słodyczy, a ja rozprostowałam ramiona. I tyle. Było fajnie, miło. Niedługo zrobimy powtórkę. 
jeszcze pełni sił ...
 pozujemy do zdjęć ...
 wybieram szafę do domu ;)
 Kacper bardzo zadowolony nie może uwierzyć, że kiedyś całą wycieczkę marudził o prezent ...
 Kuba strzela masę fotek ...
 coś dla mężczyzn ...
 Kajtek zwiewa z nosidła ...
 zgodni? na jak długo?
 dalej proszę wycieczki ...
 dyskretne karmienie w Ergo (proszę zwrócić uwagę, jaki to wysiłek dla maleńkich stópek ;))
 od wiatraczka do wiatraczka ...
 już zmęczeni ...
 jedyne zdjęcie taty ...
 machiny ...

 młody Krzyżak ...
 najszczęśliwszy w poziomie ...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz