27 października 2011

BLW (baby-led weaning) ...

... cóż to takiego? W skrócie pozwolenie dziecku, żeby samo podążało w krainę smaku. Jedzenie bez przymusu, bez papek, w "lekkim" bałaganie, jedzenie tego, co inni domownicy. Nie wiem, czy się sprawdzi. Nie wiem, czy sama dam radę. Po lekturze tej książki:
wiem, że spróbuję. Mam w domu jednego totalnego niejadka i drugiego, który je, ale w biegu. Do stołu siada pod przymusem, jedzenie nie jest dla niego ważne. Ich jedzenie nie cieszy ich i nie cieszy nas. Nie wiem gdzie i jaki błąd popełniłam, co zrobiłam nie tak. Wiem jedno, z Kajtkiem spróbuję z innej strony. A że jedzenie może cieszyć i cieszy niech zaświadczą zdjęcia z pierwszych dwóch dni. 
Na pierwszy ogień poszedł brokuł, marchewka i pietruszka. W biegu dokroiłam jabłko, bo na stole zabrakło (za to w rynience śliniaka, na podłodze i na mamusi jakoś nie ;). Brokuł został brutalnie zmiażdżony, marchew rozmemłana i częściowo pożarta, pietruszka spektakularnie do gustu nie przypadła kończąc żywot pod krzesełkiem, hiciorem okazało się jednak jabłko. Dzisiaj, nauczona wczorajszym doświadczeniem, nie rozgotowałam warzyw. Duże kawałki marchwi, selera naciowego i mięska poddane zostały rozmaitym torturom. Seler wygrał w przedbiegach, mięsko zostało olane (i dobrze, bo to wołowinka), marchew częściowo pochłonięta. I nie, nie gotowałam tego wszystkiego specjalnie. Wczoraj na obiad były warzywa gotowane na parze. Tym razem jednak nie soliłam ich przed, a dopiero na naszych talerzach. A dzisiaj, cóż, mieliśmy barszczyk czerwony. Po prostu sól i przyprawy wylądowały w zupie dopiero po wyjęciu kawałków dla Kajetanka. Ale buraczków nie zaryzykowałam ;) Muszę się jeszcze troszeczkę oswoić i przełamać ;)))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz