28 listopada 2013

Dwa dni dobrego humoru to max. Chyba. 
Budzi mnie warknięcie, że mam wstawać. Ledwo jarzę, półprzytomna (a poszłam spać o ludzkiej porze, wyjątkowo) dopytuję o co cho. I już mam dosyć, bo nikt nie lubi, jak go budzą. A jak go budzą i są niemili to zwłaszcza. Potem lawinowo. Średni niezadowolony, bo się musi ubrać, musi zjeść, nie może znaleźć tego, owego, chce rysować, nie chce, nie może. Już samo jego bzyczenie doprowadza do białej gorączki. Ale orientuje się, że mama nie w humorze. Przeprasza, lepi się, kaja, stwierdza, że jest głupi. Nie wiem co lepsze. Najstarszy wyjątkowo widząc moją minę nie prowokuje, sam robi bez jęków śniadanie. Bosze, jak dobrze mieć odrośnięte, samoobsługowe dziecko. Mąż też jarzy, że przegiął, więc przeprasza, ale co z tego. Poranny dobry nastrój diabli wzięli. Po wczorajszej euforii nie ma śladu. Przeglądam na wszelki wypadek tornister Średniego. Czegóż tam nie ma? Rysunki, szczoteczka sprzed tygodnia, wczorajsze śniadanie (niezjedzone ofcors), śmieci. A zeszytów potrzebnych na dzisiaj ani widu ani słychu. Wrrrr. Mąż opowiada o myszy, która wlazła do studzienki i z którą trzeba coś zrobić. Nawet nie chcę wiedzieć co. W końcu zagonieni, z umytymi zębami wychodzą. Ufff. Dobrze, że Najmłodszy Obywatel świata śpi. Myję włosy, ubieram się. Niezadowolona przebieram kolejną sukienkę. Wyrzut sumienia, że wczoraj nie ćwiczyłam, a się obżarłam. Czemu to drugie jest przyjemniejsze, łatwiejsze, a efekty takie paskudne? Świat jest niefajny pod tym względem. Trzeba jednak coś ze sobą zrobić. Wychodzę. Na przystanku spada mi na chodnik komórka, mylę autobus (bo u mnie cholera tylko dwa jeżdżą ;)) Nic to, na wysokich obcasach będę musiała kawałek podjeść do pracy. Pod górkę. Dzwonię do Ewki, nie odbiera. Za wcześnie, pewnie walczy teraz z dzieciakami. Też pewnie ma podobny do mojego humor. Wieje wiatr, chcę napisać notkę o tym, jak go lubię. Taki jak dzisiaj. Ciepły, lekko porywisty. Pamiętam, jak podczas wietrznych dni jeździłam do Charzykowa, właziłam na wieżyczkę sędziowską nad jeziorem i po prostu siedziałam. Patrzyłam na jezioro i czułam, że życie przede mną. A teraz ani nie mogę tam pojechać, ani powiedzieć, że życie przede mną. Przypominam sobie co w pracy. Drugi tydzień wystawiam fakturę, miały być pieniądze na Mikołaja, będą na gwiazdkę. Marne pocieszenie. Patrzę na komórkę. Fuck. Pękła matryca. Na razie wszystko ok, ale ten fakt przybija mi gwóźdź do przysłowiowej trumny. Przede mną popołudniowa wizyta u lekarza. Muszę zrobić przegląd techniczny, porobić zaległe badania i sprawdzić tarczycę. Mija ponad rok, odkąd u siorki wykryto raka, a ja wciąż zwlekałam z badaniami. Ciągle nie mam czasu. I pieniędzy. Na i dla siebie. Czasami, tak jak dzisiaj, dwa razy mocniej czuję, że gdzieś po drodze zgubiłam marzenia. I jakąś część siebie też.

2 komentarze:

  1. dziś mój mąż ma wolne, więc mam dokladnie zorganizowany czas ;) Jutro pogadamy, jesli obie bedziemy żywe... ;)
    Przytulam :*

    OdpowiedzUsuń
  2. He, he to współczuję bardzo, Idę położyć chopaków, bo zdycham

    OdpowiedzUsuń