10 września 2014

Dżizas, nie wiedziałam, że będzie tak ciężko.
Trzeci maluch do przedszkola. Po mnie spływa prawie jak po kaczce, bo już czas na odstawienie wyjątkowo związanego z mamusią Najmłodszego. Pewnie, żal mi łez, ale to naturalna kolej rzeczy. Lepiej i dla niego, i dla mnie. W końcu i tak spędzał pól dnia beze mnie. Ale co innego babcie, a co innego przedszkole. Ryk jest codziennie rano. Jak go odbieram jest spoko. Podobało mu się, macha łapką pani Ani i obiecuje przyjść jutro i nie płakać.
Ale w domu ...
A właściwie jeszcze na ulicy ...
Dziecko mi podmienili. Współpracujący słodziak zamienił się we wrzeszczącą, bijącą i kompletnie buntowniczą bestię. Wszystko na "nie". Ubieranie, karmienie, wychodzenie i inne proste do tej pory czynności to teraz jak przejście przez pole minowe. Brrrr Najgorsze, że słabo sypia i musi mieć mnie przy sobie cały czas.
Biedulek.
A że zbiegło się to wszystko z odstawieniem mamusi od pomocy babć to tym bardziej trudno. Bo teraz muszę sama nad wszystkim zapanować, a przyznam szczerze, że ... bez samochodu łatwo nie jest. Doszło mi tyle obowiązków, że zwyczajnie się nie wyrabiam. O wieczornej pracy mogę na razie zapomnieć.
Kubkiem zainteresowała się muzycznie babcia i po pierwszej lekcji gry na pianinie zapowiedziała mi, że jak zmarnuję jego muzyczny talent to ... zabrzmiało jak groźba ;) Wyjątkowo kretyński plan lekcji pokrzyżował nam też trochę żeglarstwo. Jedno tygodniowo odpada, bo nie puszczę Kubka zaraz po basenie bez obiadu.
Całe szczęście, że Kacper jest samodzielny. Jeździ do szkoły rowerem. I jest "niebezpieczny". W gospodarczym mamy obecnie laboratorium chemiczno-biologiczne i aż strach się nie bać, takie ma pomysły ;)
A tak poza tym ... marzę o kocie. W pracy mamy sześć młodych. Prześliczne, typowe dachowce. Szkoda, że mój mąż nie lubi kotów :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz