14 kwietnia 2015

No i cały misterny plan w pizdu, że tak brzydko powiem. Zapisałam się na ten bieg, zapłaciłam, rozgłosiłam wszem i wobec (żeby się nie móc raczkiem wycofać, jak mam w zwyczaju), nawet szwagra namówiłam na start. Rozpisałam plan treningowy po długim biciu się ze sobą czy zdążę powolutku czy krótko a treściwie i ... dopadło mnie przesilenie wiosenne. Od dwóch tygodni opędzam się od bólu gardła, głowy, masakrycznej senności i dolegliwości po-półpaścowych, które z tych wszystkich są najgorsze. Wylazłam na trening i aż mnie cofnęło z bólu. A że umiejscowiony ni mniej ni więcej przy serduchu to i strach szarżować, bo a nuż widelec to jednak nie to. Doczłapałam się do domu i zrewidowałam plany. Będzie powoli, będzie więcej marszobiegów i będzie więcej zdrowego żarcia. Bo po świętach i przymusowej bezczynności znowu nie umiem wciągnąć brzucha, buuuu. Czyli tak jakby prawie będę zaczynała od zera. Prawie, bo przynajmniej ból piszczeli raczej mam za sobą (a w zeszłym roku dokuczał aż miło). No i buty mam porządne, nowe, specjalnie na asfalt. Różowe. Asicsy. O takie:
Na razie pogłębiam wiedzę tajemną o bieganiu na kanapie albo przy lapku i czekam, aż ten cholerny ból puści.

...

 no i "Grę o tron" oglądam. I czytam też, choć przyznaję, że po obejrzeniu filmu troszkę przeskakuję nudniejsze wątki.

...

i pracuję. Ale nie tak efektywnie jak powinnam. A powinnam z 16 godzin na dobę, może wtedy bym wszystko zdążyła. Bo jak mówią architekci :nawet śmierć nie jest wymówką" (i dlatego będę miała podwójną trumnę, bo lapek mi się z drukarką nie zmieszczą.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz