17 kwietnia 2015

W tzw "międzyczasie" (czyli dużo wolnego od treningów spowodowane fatalnym samopoczuciem) postudiowałam sobie kilka stron o bieganiu, czasopism i kupiłam książkę "Projekt bieganie". No i wyszło, że żeby biec szybciej muszę zwolnić. Że zamiast pykać te 5-ki w biegu ciągłym, po którym jestem mega nieżywa, muszę powolutku odbudować formę po zimowym lenistwie. I wyszło, że może marszobiegi mnie uratują. Więc dzisiaj posłusznie założyłam pulsometr, zegarek i pomaszerowałam na zmianę z truchtem. I luzik. Bo prawie nie bolało popółpaścowe cholerstwo, bo nie zmaltretowałam nóg, bo zaczęłam widzieć światełko w tunelu. Może jednak dobiegnę do tej mety w czerwcu. A wraz z nadzieją przyszła radość. Z lasu, słońca, z wiatru może mniej (bo piździło na osiedlu aż miło), z nowych butów (chociaż rozruch po takim czasie do przyjemnych nie należał). Więc teraz do przodu. I mniej żreć, a będzie dobrze.

1 komentarz: