11 lutego 2016

Pomalutku.
Powrót do bloga ma być jednym z moich kroków ... w jakim kierunku nie wiem, mam nadzieję, że lepszym.
Ostatnie 2,5 miesiąca to okres trudny dla mnie i dla całej naszej rodziny. Jak się psuje jedno koło zamachowe, na dodatek to spajające, to dupa. A popsuła się mama.
Chory kręgosłup okazał się być kamieniem nerkowym, który na dodatek konkretnie utknął w moczowodzie. Przy okazji ujawnił wrodzoną wadę, czyli podmiedniczkowe zwężenie moczowodu. Zwał jak zwał. Grunt, że po prawie roku błądzenia wśród różnych hipotez, oszczędzania się na ćwiczeniach, nawracających bólach ... diagnoza była trafna. Owocem owej diagnozy i rocznego zwlekania okazały się dwie operacje w znieczuleniu dolędźwiowym z "głupim Jasiem" na moje własne życzenie. Dwa miesiące żyję z wszczepionym cewnikiem między nerką a pęcherzem. Dwa miesiące na tabletkach przeciwbólowych, przeciwzapalnych, z zastrzykami przeciwzakrzepowymi. Miesiąc z takim bólem nerki, że czułam się jak obita bejsbolem. Właściwie spędziłam ten czas na fotelu, opłakując walącą się szybko formę, na którą w końcu niemało pracowałam. Smętnie oglądałam nieużywane dvd z ćwiczeniami i ze złością zerkałam na rower treningowy, nówkę nieśmiganą, której nawet nie zdążyłam przetestować. Mimo zapewnień lekarzy, że "mogę wszystko", okazałam się być tym przypadkiem, który "nie może nic". Najgorsze było to, że nawet krótki pieszy spacer kończył się dla mnie dwudniowym krwiomoczem i tępym bólem pleców. Dwa pobyty w szpitalu były całkiem przyjemne. Na pierwszy zabieg szłam optymistycznie nastawiona ... miało być tylko pozbycie się kamienia. Oddział urologiczny to przemili ludzie, świetny ordynator i lekarze, najwspanialsze pielęgniarki pod słońcem, nowy sprzęt. Co z tego skoro skończyło się pociachaniem od środka i zamontowaniem tej paskudnej rureczki. Druga operacja to zupełnie inny humor. Wymęczona spałam przez 3 dni z małymi przerwami, aż pielęgniarki były zaniepokojone, że ich wesoła pacjentka zupełnie nie przypomina siebie. Wyszłam ze szpitala ponaprawiana, jeszcze z cewnikiem, ale ordynator był zadowolony z efektu operacji. Ja mniej, bo znowu paskudnie bolało. W domu na dodatek trafiłam na istny pogrom, epidemię grypy, która w kilka godzin po moim powrocie położyła do łóżka mojego męża, a potem w odstępie dwudniowym Kubę i Kajtka. Całe szczęście powoli dochodzimy do siebie, a ja odliczam dni do poniedziałku. Idę do przychodni wyjąć to całe ustrojstwo. I zamierzam z lekka "zmartwychwstać", ruszyć w końcu tyłek. Bo dla całej rodziny moje siedzenie w domu oznaczało brak ruchu i atrakcji. Dzieci są już z lekka zmęczone takim trybem życia i podkręcają atmosferę. 
Jak to mówią? Byle do wiosny.
Czemu to piszę? Żeby jakoś zacząć. A chwilowo depresyjny nastrój każe mi się porozczulać nad sobą. Potem przyjdzie czas na opisanie Świąt, nowych firanek, przenosin Kacpra do liceum w Toruniu. Teraz jestem ja ...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz