Przejdź do głównej zawartości

Malbork

Nareszcie wyruszyliśmy gdzieś razem. Po kilku latach postanowiliśmy pokazać Kacprowie ponownie, a Kubkowi po raz pierwszy zamek w Malborku. Odkąd pamiętam, a byłam tam już kilkukrotnie, urzekało mnie to miejsce. Wielkością, rozmachem, architekturą, tajemniczością. Chłopaki zachwycone, Kubek dopytywał się o wyjazd kilka dni wcześniej. Pogoda zrobiła nas zupełnie w balona. Miały być burze, ochłodzenie, a z nieba lał się strumieniami żar. Ofcors ubraliśmy się za ciepło (efekt taki, że dzisiaj w nocy moje nogi łaziły po ścianach), trochę pomogło podwinięcie nogawek spodni, ale tylko trochę. Myślałam, że na zamku będzie chłód starych murów, a moją wędrówkę po krzyżackim cudzie odbywałam od wiatraczka do wiatraczka, od otwartego okna do następnego. Ukrop potęgował fakt, że z przodu przyklejałam się do Kajetanka, a z tyłu do plecaka. Z zazdrością patrzyłam na wczasowiczów w klapeczkach i zwiewnych sukienusiach. I na pary bez dzieci, zagapione w siebie lub słuchające w spokoju przewodnika z audio. Bo tak naprawdę z całego zwiedzania pamiętam tylko sklepienia (taka zawodowa przypadłość), okna (bo przyjemnie chłodziły, nic to wspólnego z podziwem dla kunsztu murarskiego nie miało) i latanie za dzieciakami. Mąż parał się głownie fotoreporterką z wyprawy. Kacper, dopóki mu się baterie nie wyczerpały, także. A ja usiłowałam pilnować na zmianę Kuby i mojej komórki (bo jakże to, tata pstryka, brat pstryka, a on nie??? - efektem tego było prawie 100 zdjęć w komórce, głównie do wykasowania ;). Pozostawała jeszcze kwestia najmłodszego członka wyprawy. Pomna niewygód motania chusty przy publice, tudzież niechęci rzeczonego wkładu do ewolucji dłuższych niż 5 minut, zabrałam tylko Ergo. Sprawdziło się doskonale, także przy dyskretnym karmieniu. Wrzucałam na zmianę z przodu i z tyłu, ale i tak Kajtek się burzył. Bo, kochani, w nosidle nie można przodem do świata, a on by chciał. Bo gdzieś ma zasady matki, które mu widoczność mocno ograniczają. Więc pół zwiedzania to było noszenie w nosidle, pół na rękach. Ofcors przodem. Oczy jak spodki, przebieranie stópkami. Najszczęśliwszy nasz synuś był jednak kiedy wyjęłam przewijak i położyłam na płasko na wielkim balu drewna. Świergotał, gilgotał, zaczepiał wszystkie kobiety i czarował ujmującym uśmiechem. Ćwiczy skubany urok osobisty od kołyski. W tym czasie pozostałe rodzeństwo pod opieką taty zwiedziło Zamek Wysokie (Kubek już zmęczony z lekka protestował) i wspięło się na wieżę. Podobno widok nieziemski. Wierzę na słowo, bo byłam raz jako dziecko i nic nie pamiętam. A przed kilku laty tata zwiedzał wieżę samotnie, a my z Kacprem, lat wtedy bodajże 5, koczowaliśmy na dole. Po obowiązkowym zakupie pamiątek (przybył metalowy mieczyk i włócznia do kompletu), zeżarciu obiadu (w życiu nie byłam tak głodna), nakarmieniu Kajtolinka na sianie (dosłownie, pozostałość po "oblężeniu" Malborka) zaliczyliśmy jeszcze wystawę machin oblężniczych. I w końcu do samochodu. Po moście wątpliwej konstrukcji (w życiu nie łaziłam po tak sprężynującej kładce). Kubek odpadł jeszcze w Malborku, Kajtek nieco poza. Kacper wytrzebił resztę zapasów słodyczy, a ja rozprostowałam ramiona. I tyle. Było fajnie, miło. Niedługo zrobimy powtórkę. 
jeszcze pełni sił ...
 pozujemy do zdjęć ...
 wybieram szafę do domu ;)
 Kacper bardzo zadowolony nie może uwierzyć, że kiedyś całą wycieczkę marudził o prezent ...
 Kuba strzela masę fotek ...
 coś dla mężczyzn ...
 Kajtek zwiewa z nosidła ...
 zgodni? na jak długo?
 dalej proszę wycieczki ...
 dyskretne karmienie w Ergo (proszę zwrócić uwagę, jaki to wysiłek dla maleńkich stópek ;))
 od wiatraczka do wiatraczka ...
 już zmęczeni ...
 jedyne zdjęcie taty ...
 machiny ...

 młody Krzyżak ...
 najszczęśliwszy w poziomie ...


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zonk

Stanęłam wczoraj na wadze. I zonk. Nie przyznam się ile, ale wróciłam prawie do wagi "sprzed ćwiczeń". Trzeba, naprawdę trzeba coś z tym zrobić. Żegnajcie batoniki, michałki, trufle, czekolady .... Czuję, jakbym już umarła. Żeby tak bez żadnych przyjemności w życiu? Szloch ...

Wiosna, wiosna

Wiosna, wiosna ... słońce świeci i choć temperatury ostatnio nie rozpieszczają, to jednak chęci do życia jakby większe. I energia do robienia więcej też jest. Nerka ma się dobrze (chyba, że za mało piję, wtedy się odzywa), więc wróciłam do ćwiczeń. Szału nie ma, bo na karate skręciłam nogę w kolanie, ale i tak regularny pilates i kijki ratują mnie przed popadnięciem w obłęd ;). Udało mi się nawet wyjechać z garażu rowerem. Więcej wychodzę z dzieciakami. Na urodziny chłopaki dostały rolki i hulajnogi, więc szaleją na chodnikach. Meblujemy powoli dom i przed domem. Impulsem jest oczywiście przyjęcie Kuby. Na taras Maciej wyczaił genialne meble. Chcieliśmy komplet z OBI, staliśmy już przy kasie, ale ... zonk ... meble są nieodporne na mrozy. A my nie chcemy bawić się w znoszenie klamotów do piwnicy, nie wiadomo, czy zmieściły by się na schodach. A ten komplet z artelia24 jest świetny. Wszystkie fotele i pufy chowają się pod stół i wystarczy jeden pokrowiec na wszystko. No i są...

Jeście, jeście, jeście ...

Zainspirowana notką obsesyjnego drugiego śniadanka postanowiłam napisać małe co nie co o diecie najmłodszego. Kajetanek w duchu BLW dostawał do łapki co chciał. Od około pół roku. Efektem jest biegłość niezwykła w posługiwaniu się widelcem i łyżeczką, tudzież umiejętność picia z kubeczka. Że o umiejętnym przelewaniu napojów z kubka do kubka nie wspomnę ;). Smakosz nasz nadal najbardziej lubi moje mleko. Do tego stopnia, że kiedy jestem w domu jest problem w nakarmieniu go rzeczami bardziej treściwymi. No chyba, że braciom trzeba akurat podwędzić kabanoska, paluszki, chrupki kukurydziane lub ciasteczka ryżowe. Nie będę usiłowała też malować obrazka przedstawiającego cielęcy zachwyt w oczach Kajtka na widok opakowania czekolady. Gorzkiej, a jakże. Z obiadami generalnie nie mam problemu. Zajada ze smakiem zupki wszelakie, gardząc jednakże moją ulubioną dyniową po przyprawieniu gałką muszkatołową. Przed przyprawieniem jest git. Preferuje zawsze i wszędzie mięsko. W każdej postaci. Na h...