W końcu ... Rano człowiek inaczej wstaje, inną ma motywację ... od samego ranka power. Poszłam spać po 2-giej z wieczornym fervexem na dobranoc. Sny jak zwykle po tym cholerstwie ciężkie, chociaż nie tak jak ostatnio, kiedy przez pół nocy usiłowałam się przygotować do startu i biec ;) (a potem wstałam wypompowana jakbym co najmniej 20 km przebiegła). Mąż, dobry pan, ludzki, rano zawinął towarzystwo, nakarmił nawet (potem zastanawiałam się, gdzie znikły wszystkie kotlety z wczorajszego obiadu), dał żonie pospać do 8-mej. Czyli jak na moje standardy to caaaałkiem sporo. Otworzyłam oczy, spojrzałam przez połaciówki na słoneczne rano, poruszałam łebkiem w jedną i w drugą stronę (nic nie boli, nie telepie się mózg oddzielnie od czaszki), wstałam i mężowi zakomunikowałam, że owszem, zostawiam go z chłopakami dalej i idę pobiegać. Wsunęłam pół banana, ciacho ryżowe i herbatę (z cukrem! Kajtek nie wypił), nałożyłam ciuchy i pulsometr (dzięki Szwagrze!), zadzwoniłam po koleżankę (nic...