Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z kwiecień, 2015
Bum ... bum ... bum ... Łup ... łup ... łup ... Ibuprom, Renopuren, Sudafed, Sinulan, krople przeciwalergiczne, leki na alergię ... Zakręcę kołem, co wziąć. Łeb boli, w uchu szum, spać ... Wiało niedawno, prawda? Czyli tradycyjnie sezon wiosenny na ból zatok czas oficjalnie otworzyć. W tym roku wyjątkowo mocno dokuczają. A plan treningowy na 10 km mogę sobie w d...ę włożyć. ot co.
Ja wiem, że ze mną tak jest zawsze. Jak się za coś biorę to na całego i "spalam" temat. Rodzina miała mnie kiedyś dosyć z końmi, potem chustami ... teraz pewnie nie może już słuchać o bieganiu ;) Ale żeby po otwarciu fejsa wyświetlały się same strony biegaczy i związane z biegiem. Plus Ewka ofcors? ;), ale ona dużo wkleja po angielsku, więc nie wszystko wyłapię ;) Chyba muszę zweryfikować swoje podejście do ... no właśnie czego ... zainteresowań? No i mam nadzieję, że tego tematu nie spalę. Chusty "umarły" śmiercią naturalną wraz z dorastaniem dzieci. A bieganie ... hmmm ... jak nie będę mogła biegać za sto lat ;)

Słoneczko

W końcu ... Rano człowiek inaczej wstaje, inną ma motywację ... od samego ranka power. Poszłam spać po 2-giej z wieczornym fervexem na dobranoc. Sny jak zwykle po tym cholerstwie ciężkie, chociaż nie tak jak ostatnio, kiedy przez pół nocy usiłowałam się przygotować do startu i biec ;) (a potem wstałam wypompowana jakbym co najmniej 20 km przebiegła). Mąż, dobry pan, ludzki, rano zawinął towarzystwo, nakarmił nawet (potem zastanawiałam się, gdzie znikły wszystkie kotlety z wczorajszego obiadu), dał żonie pospać do 8-mej. Czyli jak na moje standardy to caaaałkiem sporo. Otworzyłam oczy, spojrzałam przez połaciówki na słoneczne rano, poruszałam łebkiem w jedną i w drugą stronę (nic nie boli, nie telepie się mózg oddzielnie od czaszki), wstałam i mężowi zakomunikowałam, że owszem, zostawiam go z chłopakami dalej i idę pobiegać. Wsunęłam pół banana, ciacho ryżowe i herbatę (z cukrem! Kajtek nie wypił), nałożyłam ciuchy i pulsometr (dzięki Szwagrze!), zadzwoniłam po koleżankę (nic...
W tzw "międzyczasie" (czyli dużo wolnego od treningów spowodowane fatalnym samopoczuciem) postudiowałam sobie kilka stron o bieganiu, czasopism i kupiłam książkę "Projekt bieganie". No i wyszło, że żeby biec szybciej muszę zwolnić. Że zamiast pykać te 5-ki w biegu ciągłym, po którym jestem mega nieżywa, muszę powolutku odbudować formę po zimowym lenistwie. I wyszło, że może marszobiegi mnie uratują. Więc dzisiaj posłusznie założyłam pulsometr, zegarek i pomaszerowałam na zmianę z truchtem. I luzik. Bo prawie nie bolało popółpaścowe cholerstwo, bo nie zmaltretowałam nóg, bo zaczęłam widzieć światełko w tunelu. Może jednak dobiegnę do tej mety w czerwcu. A wraz z nadzieją przyszła radość. Z lasu, słońca, z wiatru może mniej (bo piździło na osiedlu aż miło), z nowych butów (chociaż rozruch po takim czasie do przyjemnych nie należał). Więc teraz do przodu. I mniej żreć, a będzie dobrze.
No i cały misterny plan w pizdu, że tak brzydko powiem. Zapisałam się na ten bieg, zapłaciłam, rozgłosiłam wszem i wobec (żeby się nie móc raczkiem wycofać, jak mam w zwyczaju), nawet szwagra namówiłam na start. Rozpisałam plan treningowy po długim biciu się ze sobą czy zdążę powolutku czy krótko a treściwie i ... dopadło mnie przesilenie wiosenne. Od dwóch tygodni opędzam się od bólu gardła, głowy, masakrycznej senności i dolegliwości po-półpaścowych, które z tych wszystkich są najgorsze. Wylazłam na trening i aż mnie cofnęło z bólu. A że umiejscowiony ni mniej ni więcej przy serduchu to i strach szarżować, bo a nuż widelec to jednak nie to. Doczłapałam się do domu i zrewidowałam plany. Będzie powoli, będzie więcej marszobiegów i będzie więcej zdrowego żarcia. Bo po świętach i przymusowej bezczynności znowu nie umiem wciągnąć brzucha, buuuu. Czyli tak jakby prawie będę zaczynała od zera. Prawie, bo przynajmniej ból piszczeli raczej mam za sobą (a w zeszłym roku dokuczał aż miło). No i...

a 9 lat temu ...

czyli 3 kwietnia 2006 roku przywędrował na świat nasz "środkowy". Wychuchany po chorobie nerwowy szajbusek. Dr. Jekyll i Mr. Hyde w jednym. Od euforii do depresji w 3 sekundy. Najsłodszy i najbardziej wkurzający z całej trójeczki. Kubuś.

4 lata temu

Prima Aprilis. Od rana oksytocyna. Bez echa, jak przy Kubie. Już straciłam nadzieję, odpuściłam. Podejrzewałam, że zechce wyleźć dopiero 3-ciego, w urodziny starszego brata. Do 21 z minutami. Potem wszystko potoczyło się błyskiem. Na własnych nogach, z 10-cioma przystankami dotarłam tym straszliwie długim korytarzem na salę porodową. Nie byłam dzielna, nie byłam miła, nie współpracowałam z położną i lekarzem. Trzeci raz na usta cisnęły mi się same brzydkie slowa. Dopóki go nie zobaczyłam.To już cztery lata jak jest z nami. Beniaminek całej rodziny, niemożliwie uparta bestia. Kajtek. Sto lat synku.