Dwa dni dobrego humoru to max. Chyba. Budzi mnie warknięcie, że mam wstawać. Ledwo jarzę, półprzytomna (a poszłam spać o ludzkiej porze, wyjątkowo) dopytuję o co cho. I już mam dosyć, bo nikt nie lubi, jak go budzą. A jak go budzą i są niemili to zwłaszcza. Potem lawinowo. Średni niezadowolony, bo się musi ubrać, musi zjeść, nie może znaleźć tego, owego, chce rysować, nie chce, nie może. Już samo jego bzyczenie doprowadza do białej gorączki. Ale orientuje się, że mama nie w humorze. Przeprasza, lepi się, kaja, stwierdza, że jest głupi. Nie wiem co lepsze. Najstarszy wyjątkowo widząc moją minę nie prowokuje, sam robi bez jęków śniadanie. Bosze, jak dobrze mieć odrośnięte, samoobsługowe dziecko. Mąż też jarzy, że przegiął, więc przeprasza, ale co z tego. Poranny dobry nastrój diabli wzięli. Po wczorajszej euforii nie ma śladu. Przeglądam na wszelki wypadek tornister Średniego. Czegóż tam nie ma? Rysunki, szczoteczka sprzed tygodnia, wczorajsze śniadanie (niezjedzone ofcors), śmie...