Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą ja

moje "Okno na świat"

      Jak zwykle, kiedy kolejny syn wyrasta z pampków i bezcennej obecności mamusi wzrok odwracam w stronę tego, co lubię (poza rodziną oczywiście). Czyli do architektury. Zaczyna się niewinnie od czytania branżowej prasy w ilości większej niż dwie szpalty do snu. Potem szperanie w necie. Tyle pracowni, stron, portali. Choć na facebooku jestem już jakiś czas, to dopiero niedawno odkryłam mnogość stron poświęconych architekturze. Większość polubień nie przetrwała próby czasu, ale kilka interesujących zostało. Lubię zwłaszcza te, które prezentują polską architekturę, głównie z powodu moich ograniczeń językowych (to kolejny po dojściu do formy punkt na mojej liście życzeń), choć nie tylko.    Głównym chyba bodźcem do śledzenia rozwoju rodzimych zmagań architektów jest pytanie, które mi się od razu nasuwa "jak oni to robią?". Pierwsze podstawowe skąd biorą inwestorów, którzy cenią dobrą architekturę? Skąd czerpią inspiracje? Jak postęp my...

nowy początek?

Czy piętnaście lat projektowania to dużo? Patrzę na tatę, jego wiedzę, doświadczenie, "oko" do proporcji i widzę, że to mało. Patrzę na "młodych", z ich zaangażowaniem, czarami robionymi z komputerem, efektownymi wizkami i widzę, że dużo. Doświadczenie? Jakie doświadczenie. To dopiero liźnięcie kawałka tortu. Jak jem za mało, a tak było kiedy rodziły się dzieci i myśli siłą rzeczy skupiały się na innych sprawach, mam niedosyt. Dławię się czasami "słodką" pomocą urzędów i prawa, niezrealizowanymi marzeniami. Krzywię, kiedy trafię na lukier dobudówek, przeróbek, inwencji inwestorów. Zachłystuję się czytając i oglądając perełki, które udało się zaprojektować, i co ważniejsze, zrealizować, innym. I im więcej czytam, oglądam, tym robię się mniejsza. Świadomość własnych braków czasem mnie paraliżuje. A czasami daje kopa do pracy (choć najczęściej daje ją przyziemny brak kasy). Tak jest dzisiaj. Ten blog jest przede wszystkim dla mnie. Więc jak ja się...
Nie wiem, czy dzisiaj to był PSM, czy inne licho, ale dogorywałam. Ranek opisałam, ale potem było tylko gorzej. Każdy gest, każde słowo, każdy czyn był wymierzony przeciwko mnie. Wszystko brałam do siebie, od rana poryczałam się z dziesięć razy, a M. miałam ochotę kilka razy rozstrzelać. Byłam też wyjątkowo nieuprzejma dla dzieci. Co zważywszy na to, iż zaliczyłam dwie awantury ze Średnim i w twarz od Najmłodszego i tak było szczytem opanowania. Po powrocie do domu byłam tak emocjonalnie i fizycznie zziębnięta, że wlazłam do wanny pełnej gorącej wody. I wtedy całokształtu dopełnił potworny ból głowy. Teraz jestem po prochach, czuje się dobrze i świat ma znowu jakby ciekawsze barwy. Trzeba było od rana zaliczyć setkę wódki i nałykać się tabletek. Czemu się głupia tak męczyłam?
Dwa dni dobrego humoru to max. Chyba.  Budzi mnie warknięcie, że mam wstawać. Ledwo jarzę, półprzytomna (a poszłam spać o ludzkiej porze, wyjątkowo) dopytuję o co cho. I już mam dosyć, bo nikt nie lubi, jak go budzą. A jak go budzą i są niemili to zwłaszcza. Potem lawinowo. Średni niezadowolony, bo się musi ubrać, musi zjeść, nie może znaleźć tego, owego, chce rysować, nie chce, nie może. Już samo jego bzyczenie doprowadza do białej gorączki. Ale orientuje się, że mama nie w humorze. Przeprasza, lepi się, kaja, stwierdza, że jest głupi. Nie wiem co lepsze. Najstarszy wyjątkowo widząc moją minę nie prowokuje, sam robi bez jęków śniadanie. Bosze, jak dobrze mieć odrośnięte, samoobsługowe dziecko. Mąż też jarzy, że przegiął, więc przeprasza, ale co z tego. Poranny dobry nastrój diabli wzięli. Po wczorajszej euforii nie ma śladu. Przeglądam na wszelki wypadek tornister Średniego. Czegóż tam nie ma? Rysunki, szczoteczka sprzed tygodnia, wczorajsze śniadanie (niezjedzone ofcors), śmie...

Mrozi

Mróz dupę ściska. Dosłownie. Kto łazi w krótkich kurtkach plus obcisłe spodnie ten wie, o co biega. Śniegu ku żalowi Średniego nie ma, ja raczej nie tęsknię za białym puchem. Ale przyjemnie jest oddychać rano takim lekko zmrożonym powietrzem. I patrzeć na skrzące się zamarznięte kropelki wody. Wyciągnęłam szalik, czapkę i rękawiczki z szafy. Wyglądam jak krasnal (ale taki przysadzisty ;)). I jakoś tak dzisiaj czuję się bajkowo. Wczoraj też miałam dobry humor. Sama już nie wiem czemu, bo wiadomości "z kraju i ze świata" wcale takie różowe nie są. O! Wiem! Przecież przestałam je oglądać. Za to obejrzałam kolejny odcinek ulubionego serialu.   I kusi mnie na taki kolor włosów. Tylko nie wiem, czy m. taki strzyma, bo strasznie nie lubi rudego.  Wczoraj była u nas fryzjerka. Chcielismy ostrzyc Najmłodszego, ale stanowczo protestował. Stanął przed lustrem, pogłaskał się po łebku i powiedział "psecies mam fajne włoski". No to ma. Dalej. A ja mam ochotę na zm...
Pisać nie piszę. Zajmuję się czymś WAŻNYM. Dla mnie. W końcu. Kradnę chwile w nocy, czasami zamiast "zarabiać" bawię się ... no właśnie ... w przedsmak zarabiania ;)? Ulepszam swoją stronę internetową, reklamuję w necie gdzie się da (za darmo), nawet na fejsie już kilka osób mnie polubiło. Ja za to polubiłam z tuzin lub więcej stron o architekturze z myślą, żeby skupić się na jednym. Pewnie się nie da, bo w życiu kobiety ważne są także mąż, dzieci i dom (niekoniecznie zawsze w tej kolejności). Więc rozdarta jestem między poradami na temat nowoczesnych okładzin elewacyjnych a artykułami jak odpieluchować opornego dwulatka. Między ucztą dla oka i nie-ucztą dla nosa ;). Między marzeniami a rzeczywistością. Kacper bardzo chciałby wynaleźć coś wielkiego, koniecznie być docenionym, wielkim. Nie mam sumienia sprowadzać go ciągle na ziemię. Tłumaczyć, że w większości nasze marzenia o czymś wyjątkowym się nie spełniają. A może spełniają, ale nie tak dosłownie. Bo przecież ja "...

Urodziny.

Zrobiłam sobie prezent na 40-te urodziny. Tak, tak, jestem już kobietą dojrzałą, jakkolwiek by to paskudnie nie brzmiało. Od tej chwili pytania o wiek będę przemilczać z tajemniczym uśmieszkiem i od tej chwili niech nikt mi nie mówi, co mam robić. Dorosłam (hi, hi, kłamałam). Aaaa, miało być o prezencie. Jako, że urodziny były okrągłe, uzbierałam całkiem sporą dotację (pewnie mi wszyscy chcieli umilić ten paskudny dzień ;).  Teraz będę już bizneswooman pełną gębą, albowiem mam już:  Torebkę mieszczącą A4 też mam. Taką, ale w kolorach identycznych jak buty. Ale najbardziej mnie cieszy samodzielnie wykonana strona mojej firmy. "Urodziłam" w nocy z piątku na sobotę.|Aaaa, zapomniałam napisać, że otworzyłam działalność? To nadrabiam.   A stronka z moimi dokonaniami TUTAJ.
Obaliłam przedwczoraj jeden z mitów. Moja rzekomo nieprzemakalna kurtka okazała się bardzo przemakalna. Na przyszłoroczny wyjazd w góry doszedł kolejny wydatek. Nic to, zobaczymy ile zje "świnka 5". Wrzucam tam każdą piątkę z portfela, a czasem i dwójkę albo coś papierowego. Jest już ponad 150 zł, więc zbiórka idzie całkiem przyzwoicie. Kacper idzie jutro na pogrzeb taty kolegi. Przeżywa. ja w sumie też, bo ten tata był wyjątkowo sympatyczny. Po raz kolejny sprawdza się powiedzenie, że "licho złego nie bierze". Odchodzi kolejna wartościowa osoba, a męciki jak sobie chodziły tak chodzą. Próbuję zrobić swoją własną firmową stronę. Szukam niedrogiego serwera, konta i kreatora stron. I zgłupiałam. Tyle tego, że zamotałam się w możliwościach. I jakbym nie patrzyła "tanio" się nie da.

Sznureczek

Mam takowy przypięty do zadka. Każdego ranka kiedy przyjeżdża jedna lub druga babcia Kajtek zakłada sobie pętelkę na szyję, dokleja drugi koniec do mamusi i już. Ja idę do łazienki, on za mną. Ja do kuchni, on za mną. Ja do pokoju, podąża za mną jak cień. Tylko cień jest cicho, a mój syn włącza syrenę "mamoooooo". Nawet tatuś nie jest godny pocieszania, że za chwilę opuści go ukochana mamusia, cycek jego ulubiony. Łazi za mną i mędzi "mamoooo, cicia chciem". Łączy nas niewidzialna więź. To fajne, ale nie rano, kiedy łaknę ciszy, spokoju, chwilki dla siebie. Mam problem ze zwleczeniem Najstarszego z wyrka. Średniego muszę sama ubrać, żeby zdążyć potem ubrać siebie. A jeszcze czasami lubię zabrać do pracy coś na ząb. Dwie bułeczki robię czasami w trzech ratach. "Alvin i wiewiórki 3" pomagały przez tydzień, ale smak nowości minął i Najmłodszy znowu przykrócił sznureczek. Jest takie powiedzenie "nie lubię poniedziałków". Ja dodaję do niego "nie...
Kasztany kwitną? Matura? Kiedy to było? Czy ja naprawdę byłam taka młoda? I naiwna? Gdzie się pogubiłam? W którym momencie spadły te różowe okulary i wiara, że mogę wszystko?
Nie wiem. Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem. I wszystko we mnie krzyczy, kiedy czytam o kolejnym pobitym niemowlaku, o kolejnym skatowanym małym dziecku, o kolejnej ofierze dorosłych zwyrodnialców. Staram się spychać te myśli na tył głowy, ale każde takie doniesienie powoduje, że wszystko we mnie się kurczy. Z niemocy. Z bezlitosnej świadomości, że nic nie mogę zrobić. Że to może się dziać obok mnie, a ja mogę nie zauważyć. Że kolejne dziecko doznaje przerażających krzywd, kiedy moje beztrosko bawią się w piaskownicy. Kiedy je przytulam staram się nie zadusić z miłości. I kiedy patrzę na ich uśmiechnięte, radosne buzie widzę, jakie mają dzisiaj szczęście. Dostają ze wszystkich stron miłość. Od nas, od dziadków, cioć, wujków, nawet od naszych znajomych. Żyją w ułudnej bańce, że cały świat jest dla nich, że wszędzie jest tak dobrze. Są beztroskie i bezpieczne. Bo urodziły się właśnie nam. A nie "im". Nie wiem, jaka powinna być kara dla znęcających się nad bezbronnymi. Lincz? ...

Weekend z dziećmi ... strach się nie bać.

Nie mam pojęcia czy tylko ja tak czarno wszystko widzę, ale ... Wczoraj z racji drugiego samotnego dnia bez męża z trójką dzieci zakonspirowaliśmy się u babci w porze obiadku (mniam, surówka z młodej kapustki była zajebiście smaczna, olać azotany), a potem w ramach rozrywki wzięłam dwóch młodszych do pobliskiego parku na spacerek.  Nie wiedziałam co czynię. Do parku biegłam truchtem, bo buncik dwulatek za cholerę ręki nie poda, więc trzeba go było zgarniać z ruchliwej ulicy.  Przystanek pierwszy - placyk zabaw. Dla malutkich dzieci jak znalazł, ale Kubę interesowała tylko karuzela. Już zajęta. Bo w niedzielne popołudnie wyszło tam chyba pół Chojnic z dziećmi. Moje latorośle latały jakby im kto motorki przykręcił. Z tym, że Kajtka zdecydowanie bardziej interesowało latanie niż bawienie.  Na hasło "idziemy karmić kaczuszki" chłopaki pomknęły z szybkością błyskawicy i głośnym "kwa, kwa" w kierunku pobliskiej wody. Ledwo zdążyłam Młodego odciągnąć, bo już pra...
Żyję. Ale co to za życie. Pierwszy raz miałam stuprocentową grypę i w końcu wiem, po co ludzie się na to cholerstwo szczepią. Przez tydzień mnie nie było wśród żywych. Było mi wsio rybka czy dzieci jedzą, siedzą, oglądają tv 12 godzin na dobę i czy wszystko się kula. Leżałam, usiłowałam spać i tylko zbijałam temperaturę. A jakby kto nie wiedział ja nie miewam temperatury, to moja czwarta w życiu. W każdym razie nikomu nie życzę grypska, zwłaszcza z nocnymi atrakcjami w postaci przyssanego ssaka, który widać chyba wyciągnął z mlekiem matki jakieś przeciwciała, bo poza dwoma "niewyraźnymi" dniami nic mu nie było. Mimo wyjątkowo mocnej ekspozycji na wirusa. Bo radę pana doktora o maseczce mogłam sobie wsadzić, dusiłam się i bez tego. Teraz powolutku sobie dochodzę do żywych, słaba jestem jak niemowlak, a jeszcze przyplątało się zapalenie zatok, więc zaprzyjaźnię się znowu z NFZ.  Ale nic to, jak powiadał Hajduczek, słonko wyszło, zrobiło się ciepło i człowiekowi znowu zachc...

a wszystko przez tą ma-u-pę ;)

Teraz przez nią będę musiała się poprawić i pisać tego bloga, chociaż ostatnio chciałam go nawet zlikwidować.  Bo ona przyznała mi wyróżnienie: Tha Versatile Blogger Award (cokolwiek to znaczy ;))  Za co doprawdy nie wiem, bom leniwa i wpisów u mnie jak na lekarstwo. Ewka, im jej gorzej, tym więcej pisze, ja odwrotnie ;) Ale miło mnie połechtała i wzbudziła wyrzuty sumienia, więc postaram się. Od jutra ;) Dzięki Ewuś!!! Zasady (skopiowane od Ewki): 1. Podziękować nominującemu blogerowi u niego na blogu (już za chwileczkę, już za momencik).    2. Pokazać nagrodę Versatile Blogger Award u siebie na blogu (proszę luknąć w górę). 3. Ujawnić 7 faktów dotyczących samego siebie:  W tym roku kończę 40 lat. Wg wszystkich wokoło nie wyglądam. I się nie czuję. Choć gdzieś coś w środku czasami mówi mi, że na coś jest już za późno. Nie chcę mieć więcej dzieci. Bo jak nic wyjdzie mi kolejny chłopak. Ktoś kiedyś powiedział mi, że teraz to będ...

Człowiek całe życie się uczy ...

Już po. Mam uprawnienia. I oprócz niewątpliwej satysfakcji, że w końcu się zdecydowałam, że dałam radę z trójką dzieci, mam też niemiłosiernie wielkiego kaca. Niby tyle lat praktyki, tyle projektów, realizacji, tyle rozwiązanych problemów, a tak mało umiem i wiem. Przy okazji uczenia się do egzaminu sama przed sobą muszę przyznać, że wychowując chłopaków zaniedbałam własny rozwój. Że tylu rzeczy nie wiem, tylu nie umiem, tylu nie znam. Nic to, jak mawiał Hajduczek, najważniejsze, że wiem, czego szukać. Hmmm Wolnego czasu ;-) Wysłano ze smartfonu Xperia™ smartphone

Myśl (jak pszczoła)

Usiadłam. W dupie mam przepisy. A co tam! Pasjansika sobie walnę. Jak to mówią? Jestem tego warta. Po całym dniu wrzasków choruszka, uwieszania się na nodze, oppa co 10 minut, międlenia cyca do bólu, otępiania kretyńskim pingwinkiem, walki o piłeczkę pingpongową, odkurzaniu chałupy w 6 ratach, zrobieniu papu dla starszyzny, wyprasowaniu trzech pokaźnych stosów, wystawieniu dwóch chust na allegro, usypianiu najmłodszego przez godzinę, zastanawianiu się co będzie z najstarszym w przyszłości, wstawieniu zmywarki i dwóch wizytach u chorego w końcu mogę pomyśleć. Tylko nie wiem jak się myśli. Zapomniałam.

żeby nie było, że się lenię ... ja się tylko bawię ;)