Kocham placówki oświatowe. Wszystko jedno jakie - przedszkola, szkoły, a wyższe uczelnie darzę miłością niezmienną (kojarzą mi się li głownie tylko z mieszkaniem w akademiku i tzw "życiem studenckim"). Ale o tych ostatnich to na razie zapomnijmy. Kocham zwłaszcza przedszkole. I doceniam. Tym mocniej jeśli Średni akurat nie może rzeczonego przybytku nawiedzić z powodów, hm, że tak powiem zdrowotnych. Najpierw dwie nieprzespane nocki, potem chrypa i katar, dzisiaj klarują przede mną obraz Kuby w domu do końca tygodnia zbratanego zamiast z Kajtkiem z syropem przeciwkaszlowym. Nic to, damy radę. Kiedyś ten sezon chorobowy trzeba zacząć. Szkoda, że tak wcześnie. I szkoda, że inny się nie skończył. Komarowy. Utłukłam z zimną zaciętością w sypialni 7 wrednych krwiopijczyń (na nic kobieca solidarność, byłam bezwzględna). Ja wiem, że Najmłodszy przecudny jest, przemiły, ukochany, ale krwawe odczyny po ugryzieniu nie dosyć, że szpecą to cudne pycho, to powodują też rozdrażnienie Kajtuc...