Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą codzienność
Pomalutku. Powrót do bloga ma być jednym z moich kroków ... w jakim kierunku nie wiem, mam nadzieję, że lepszym. Ostatnie 2,5 miesiąca to okres trudny dla mnie i dla całej naszej rodziny. Jak się psuje jedno koło zamachowe, na dodatek to spajające, to dupa. A popsuła się mama. Chory kręgosłup okazał się być kamieniem nerkowym, który na dodatek konkretnie utknął w moczowodzie. Przy okazji ujawnił wrodzoną wadę, czyli podmiedniczkowe zwężenie moczowodu. Zwał jak zwał. Grunt, że po prawie roku błądzenia wśród różnych hipotez, oszczędzania się na ćwiczeniach, nawracających bólach ... diagnoza była trafna. Owocem owej diagnozy i rocznego zwlekania okazały się dwie operacje w znieczuleniu dolędźwiowym z "głupim Jasiem" na moje własne życzenie. Dwa miesiące żyję z wszczepionym cewnikiem między nerką a pęcherzem. Dwa miesiące na tabletkach przeciwbólowych, przeciwzapalnych, z zastrzykami przeciwzakrzepowymi. Miesiąc z takim bólem nerki, że czułam się jak obita bejsbolem. Właśc...
Nie wiem, czy dzisiaj to był PSM, czy inne licho, ale dogorywałam. Ranek opisałam, ale potem było tylko gorzej. Każdy gest, każde słowo, każdy czyn był wymierzony przeciwko mnie. Wszystko brałam do siebie, od rana poryczałam się z dziesięć razy, a M. miałam ochotę kilka razy rozstrzelać. Byłam też wyjątkowo nieuprzejma dla dzieci. Co zważywszy na to, iż zaliczyłam dwie awantury ze Średnim i w twarz od Najmłodszego i tak było szczytem opanowania. Po powrocie do domu byłam tak emocjonalnie i fizycznie zziębnięta, że wlazłam do wanny pełnej gorącej wody. I wtedy całokształtu dopełnił potworny ból głowy. Teraz jestem po prochach, czuje się dobrze i świat ma znowu jakby ciekawsze barwy. Trzeba było od rana zaliczyć setkę wódki i nałykać się tabletek. Czemu się głupia tak męczyłam?
Dwa dni dobrego humoru to max. Chyba.  Budzi mnie warknięcie, że mam wstawać. Ledwo jarzę, półprzytomna (a poszłam spać o ludzkiej porze, wyjątkowo) dopytuję o co cho. I już mam dosyć, bo nikt nie lubi, jak go budzą. A jak go budzą i są niemili to zwłaszcza. Potem lawinowo. Średni niezadowolony, bo się musi ubrać, musi zjeść, nie może znaleźć tego, owego, chce rysować, nie chce, nie może. Już samo jego bzyczenie doprowadza do białej gorączki. Ale orientuje się, że mama nie w humorze. Przeprasza, lepi się, kaja, stwierdza, że jest głupi. Nie wiem co lepsze. Najstarszy wyjątkowo widząc moją minę nie prowokuje, sam robi bez jęków śniadanie. Bosze, jak dobrze mieć odrośnięte, samoobsługowe dziecko. Mąż też jarzy, że przegiął, więc przeprasza, ale co z tego. Poranny dobry nastrój diabli wzięli. Po wczorajszej euforii nie ma śladu. Przeglądam na wszelki wypadek tornister Średniego. Czegóż tam nie ma? Rysunki, szczoteczka sprzed tygodnia, wczorajsze śniadanie (niezjedzone ofcors), śmie...

Mrozi

Mróz dupę ściska. Dosłownie. Kto łazi w krótkich kurtkach plus obcisłe spodnie ten wie, o co biega. Śniegu ku żalowi Średniego nie ma, ja raczej nie tęsknię za białym puchem. Ale przyjemnie jest oddychać rano takim lekko zmrożonym powietrzem. I patrzeć na skrzące się zamarznięte kropelki wody. Wyciągnęłam szalik, czapkę i rękawiczki z szafy. Wyglądam jak krasnal (ale taki przysadzisty ;)). I jakoś tak dzisiaj czuję się bajkowo. Wczoraj też miałam dobry humor. Sama już nie wiem czemu, bo wiadomości "z kraju i ze świata" wcale takie różowe nie są. O! Wiem! Przecież przestałam je oglądać. Za to obejrzałam kolejny odcinek ulubionego serialu.   I kusi mnie na taki kolor włosów. Tylko nie wiem, czy m. taki strzyma, bo strasznie nie lubi rudego.  Wczoraj była u nas fryzjerka. Chcielismy ostrzyc Najmłodszego, ale stanowczo protestował. Stanął przed lustrem, pogłaskał się po łebku i powiedział "psecies mam fajne włoski". No to ma. Dalej. A ja mam ochotę na zm...
Pisać nie piszę. Zajmuję się czymś WAŻNYM. Dla mnie. W końcu. Kradnę chwile w nocy, czasami zamiast "zarabiać" bawię się ... no właśnie ... w przedsmak zarabiania ;)? Ulepszam swoją stronę internetową, reklamuję w necie gdzie się da (za darmo), nawet na fejsie już kilka osób mnie polubiło. Ja za to polubiłam z tuzin lub więcej stron o architekturze z myślą, żeby skupić się na jednym. Pewnie się nie da, bo w życiu kobiety ważne są także mąż, dzieci i dom (niekoniecznie zawsze w tej kolejności). Więc rozdarta jestem między poradami na temat nowoczesnych okładzin elewacyjnych a artykułami jak odpieluchować opornego dwulatka. Między ucztą dla oka i nie-ucztą dla nosa ;). Między marzeniami a rzeczywistością. Kacper bardzo chciałby wynaleźć coś wielkiego, koniecznie być docenionym, wielkim. Nie mam sumienia sprowadzać go ciągle na ziemię. Tłumaczyć, że w większości nasze marzenia o czymś wyjątkowym się nie spełniają. A może spełniają, ale nie tak dosłownie. Bo przecież ja "...
Obaliłam przedwczoraj jeden z mitów. Moja rzekomo nieprzemakalna kurtka okazała się bardzo przemakalna. Na przyszłoroczny wyjazd w góry doszedł kolejny wydatek. Nic to, zobaczymy ile zje "świnka 5". Wrzucam tam każdą piątkę z portfela, a czasem i dwójkę albo coś papierowego. Jest już ponad 150 zł, więc zbiórka idzie całkiem przyzwoicie. Kacper idzie jutro na pogrzeb taty kolegi. Przeżywa. ja w sumie też, bo ten tata był wyjątkowo sympatyczny. Po raz kolejny sprawdza się powiedzenie, że "licho złego nie bierze". Odchodzi kolejna wartościowa osoba, a męciki jak sobie chodziły tak chodzą. Próbuję zrobić swoją własną firmową stronę. Szukam niedrogiego serwera, konta i kreatora stron. I zgłupiałam. Tyle tego, że zamotałam się w możliwościach. I jakbym nie patrzyła "tanio" się nie da.

A było tak pięknie ... i się skończyło.

Miałam prawie tydzień wolnego. Kacper wojażował na szkolnej wycieczce Budapeszt - Słowacja - Kraków. Kontakt sms-owo telefoniczny w zupełności nam wystarczał. Kubek w czwartek został "sprzedany" do ukochanej babci Danki. Pierwszego dnia ciągle dzwonił, najczęściej pytając kiedy wróci Kacper (potrzebny bratu do instalacji jakiejś gry na kompie), potem słuch o nim zaginął ;) Miałam wielkie plany rowerowe, bo zostało mi fotelikowe dziecko nr trzy, ale pokrzyżowała te plany pogoda i choroba Młodego. Pogoda wiadomo, podlewała kwiatki, racząc nas przy okazji gradem wielkości grochu. A choroba Kajtka była ta sama co starszych braci. Katar - kaszel - chrypka. bez temperatury, więc nawet nie ma co liczyć na fachową lekarską pomoc. Chłopaki są chore nadal i nie bardzo wiem, czym i ile mam ich jeszcze w domu leczyć zanim zapiszę się w kolejkę do lekarza. Dodatkowa komplikacja to fakt, ze Średniak miał mieć właśnie baaardzo zaległe szczepienie sprzed dwóch lat, a Kajtek MMR-kę. Bez wi...

Weekend z dziećmi ... strach się nie bać.

Nie mam pojęcia czy tylko ja tak czarno wszystko widzę, ale ... Wczoraj z racji drugiego samotnego dnia bez męża z trójką dzieci zakonspirowaliśmy się u babci w porze obiadku (mniam, surówka z młodej kapustki była zajebiście smaczna, olać azotany), a potem w ramach rozrywki wzięłam dwóch młodszych do pobliskiego parku na spacerek.  Nie wiedziałam co czynię. Do parku biegłam truchtem, bo buncik dwulatek za cholerę ręki nie poda, więc trzeba go było zgarniać z ruchliwej ulicy.  Przystanek pierwszy - placyk zabaw. Dla malutkich dzieci jak znalazł, ale Kubę interesowała tylko karuzela. Już zajęta. Bo w niedzielne popołudnie wyszło tam chyba pół Chojnic z dziećmi. Moje latorośle latały jakby im kto motorki przykręcił. Z tym, że Kajtka zdecydowanie bardziej interesowało latanie niż bawienie.  Na hasło "idziemy karmić kaczuszki" chłopaki pomknęły z szybkością błyskawicy i głośnym "kwa, kwa" w kierunku pobliskiej wody. Ledwo zdążyłam Młodego odciągnąć, bo już pra...
Żyję. Ale co to za życie. Pierwszy raz miałam stuprocentową grypę i w końcu wiem, po co ludzie się na to cholerstwo szczepią. Przez tydzień mnie nie było wśród żywych. Było mi wsio rybka czy dzieci jedzą, siedzą, oglądają tv 12 godzin na dobę i czy wszystko się kula. Leżałam, usiłowałam spać i tylko zbijałam temperaturę. A jakby kto nie wiedział ja nie miewam temperatury, to moja czwarta w życiu. W każdym razie nikomu nie życzę grypska, zwłaszcza z nocnymi atrakcjami w postaci przyssanego ssaka, który widać chyba wyciągnął z mlekiem matki jakieś przeciwciała, bo poza dwoma "niewyraźnymi" dniami nic mu nie było. Mimo wyjątkowo mocnej ekspozycji na wirusa. Bo radę pana doktora o maseczce mogłam sobie wsadzić, dusiłam się i bez tego. Teraz powolutku sobie dochodzę do żywych, słaba jestem jak niemowlak, a jeszcze przyplątało się zapalenie zatok, więc zaprzyjaźnię się znowu z NFZ.  Ale nic to, jak powiadał Hajduczek, słonko wyszło, zrobiło się ciepło i człowiekowi znowu zachc...