Przejdź do głównej zawartości
Przepraszam, że u mnie na blogu nic się nie dzieje. Łapię się na tym, że "piszę" w myślach post, próbuję przelać galopujące słowa na wirtualny papier i ... pstryk ... łączność nie styka. Usiłuję też zgrać zdjęcia z komórki na kompa, ale to też mi nie wychodzi. Chyba zatrudnię do tego fachowca, o ile łaskawie znajdzie czas. Robi aktualnie kurs żeglarski i jest, jakby to rzecz ładnie ująć, nieobecny duchem. Ciało jest, ale umysł błądzi nad książką. Pamiętając ile trudności sprawiają mi zupełnie nowe światy wcale mnie to nie dziwi.
Aparat poszedł w odstawkę odkąd na świat przyszedł Kajetanek. Cóż, latanie za nim i łapanie w locie uniemożliwia mi sterowanie przyciskami aparatu. A targać ze sobą dodatkowego sprzętu + wózka + torby + ciuchów na zmianę sztuk 3 + owych sztuk 3, też mi się nie chce.
W ogóle mało mi się chce. Na zewnątrz trzymam fason. Uśmiech, buźka wyszerzona, następny uśmiech, "tak, wszystko w porządku", "okej", "jasne, że jestem szczęśliwa". I tylko w środku jakoś tak coraz bardziej tężeję. Mam chroniczny szczękościsk przy maskowaniu swojego rozżalenia, niechęci, braku ciepłych słów. Przypominam ostatnio czarną dziurę. Zasysam w siebie coraz większą samotność. I nieważne ile osób jest w pobliżu, ile ciepłych słów i sympatii wokoło,świat nie ma najweselszych kolorów.
Zwykła codzienność z dziećmi jest fajna, ale przytłaczająca. Zresztą nie chce mi się nawet o nich pisać. Zawładnęły mną całkowicie, te dzieci i dom. Usiłuję się troszkę "rozepchać" i znaleźć miejsce dla siebie. Odległe od pampków, gotowania, sprzątania, pouczania, rozliczania ... użerania się. Bo bardzo mi już "siebie" sprzed tych dzieci brakuje.
W pracy też jakoś inaczej, mimo, że projekty fajne, rozwijające odkąd pracuję w Revicie i wszystko "widzę". Nie każdemu wiadomo, jaką podporą w projektowaniu jest mi ten program. Bo, paradoksalnie (uwielbiam to słowo, odkąd kojarzy mi się z "Vincim"), wedle wszelkich praw na niebie i ziemi nie powinnam być architektem. Moja wada wzroku wyklucza kompletnie trójwymiarowe widzenie. Nie wiem jak, ale pewnie jako suma doświadczeń, trójwymiarowo "widzę" inaczej. Jak, nie wiem? Nie mam porównania.
Błądzę po kilku myślach naraz. Mam nadzieję, że się rozkręcę w pisaniu. Bo żal mi tego bloga, jest taki samotny jak ja. Może we dwójkę coś nam raźniej pójdzie ;)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zonk

Stanęłam wczoraj na wadze. I zonk. Nie przyznam się ile, ale wróciłam prawie do wagi "sprzed ćwiczeń". Trzeba, naprawdę trzeba coś z tym zrobić. Żegnajcie batoniki, michałki, trufle, czekolady .... Czuję, jakbym już umarła. Żeby tak bez żadnych przyjemności w życiu? Szloch ...

Wiosna, wiosna

Wiosna, wiosna ... słońce świeci i choć temperatury ostatnio nie rozpieszczają, to jednak chęci do życia jakby większe. I energia do robienia więcej też jest. Nerka ma się dobrze (chyba, że za mało piję, wtedy się odzywa), więc wróciłam do ćwiczeń. Szału nie ma, bo na karate skręciłam nogę w kolanie, ale i tak regularny pilates i kijki ratują mnie przed popadnięciem w obłęd ;). Udało mi się nawet wyjechać z garażu rowerem. Więcej wychodzę z dzieciakami. Na urodziny chłopaki dostały rolki i hulajnogi, więc szaleją na chodnikach. Meblujemy powoli dom i przed domem. Impulsem jest oczywiście przyjęcie Kuby. Na taras Maciej wyczaił genialne meble. Chcieliśmy komplet z OBI, staliśmy już przy kasie, ale ... zonk ... meble są nieodporne na mrozy. A my nie chcemy bawić się w znoszenie klamotów do piwnicy, nie wiadomo, czy zmieściły by się na schodach. A ten komplet z artelia24 jest świetny. Wszystkie fotele i pufy chowają się pod stół i wystarczy jeden pokrowiec na wszystko. No i są...

Rajd Rowerowy w okolice Miastka - 26 IX 2015 r.

Janusz wyszykował taką przyczepkę, że mucha nie siada. Spokojnie możemy jechać na ten Bornholm. Ale, ale ... nie tak szybko, Wkoło nas tyle ciekawych miejsc, które warto zobaczyć. Dzięki Lechowi, który jest przewodnikiem PTTK, trasa kolejnej wędrówki zostaje ściśle wytyczona. Rowery zapakowane, banany na twarzach, humory i pogoda dopisują. Obieramy kurs na Miastko. Lechu z Mirką jadą swoim samochodem, Ala, Maciej, Wojtek, Marek i ja ładujemy się do wozu Janusza. Miastko miga nam tylko naprzemiennie wykonaną ścieżką rowerową (uwielbiam ten chaos na ścieżkach i przejeżdżanie z jednej strony na drugą). Zaraz za miastem górka. Cieszę się, że Maciej kupił czapkę Brubeck pod kask, bo wiatr duje jak szalony. Całe szczęście w połowie wycieczki ucichnie, wyjdzie słońce i zrobi się bardzo ciepło.  Dojeżdżamy do pierwszego przystanku.  Wołcza Wielka, czyli dwór, kościołek na rozstaju i poszukiwania włochatek krowy ;) "Miejscowość położona jest w odległości 4 km na ...