Przejdź do głównej zawartości
Jestem stanowczo niekompatybilna z urządzeniami elektronicznymi. Zwłaszcza z kompem i komórką. MP coś tam to dla mnie total magic. A Ipad. Cóż to? Kocham książki w wersji papierowej. Kocham płyty w wersji włóż do nośnika i odtwórz. Nie powiem, postępem na miarę nowoczesnego świata jest to, że nie przepadam już na płytami czarnymi, i kasetami. Choć kilka starych pozycji chciałabym mieć na CD.
Do czego zmierzam?
Chciałam zgrać zdjęcia z wakacji z komórki na kompa. I za cholerę nie mogę znaleźć Blooo-coś tam na moim lapku. Że nie wspomnę, że przed reanimacją lapka takowych kłopotów nie było. Dobre chęci się nie liczą i znowu kolejny wpis będzie bez fotek. 
A dzieci rosną. Niektóre nawet chudną. I to nie te, których się spodziewacie. Najmłodszy po ostrym zapaleniu gardła i ucha (okraszonym wizytą nocna na pogotowiu) stracił na wadze i jakby zyskał na wieku. Albowiem wyszczuplona twarz i jego zmarszczone czółko czynią z niego istotę dojrzałą nad wiek. I masakrycznie pokąsaną przez wredne małe owady. Śmierć im wypowiadam każdego wieczora i prawie zawsze ponoszę klęską na polu bitewnym słysząc w środku snu jadowite "bzzzzzz".
Na polu, tfu, w ogródku, rozpi...l na całego. Mała kopareczka (brawa dla obecnej architektki tudzież jej męża budowlańca za upchnięcie domu "od-do" granicy i wywalenie tarasu wzwyż, przez co żaden pojazd o normalnych gabarytach na tył działki się nie przedostanie) zryła nam malowniczo teren w zaplanowane wcześniej eski floreski, wywołując przy tym głośny entuzjazm Średniego i głośne przerażenie Najmłodszego. Najstarszy był "ponad to". W ogóle ostatnio cały jest "ponad to" i zaczynam stwierdzać, że życie z dorastającym nastolatkiem jest jak ciągły kataklizm. Odbudujesz, masz nadzieję na lepsze jutro, a tu "bach", pokaz gejzeru niezadowolenia. Z powodu ... hmm ... sama nie wiem jakiego. Ja go w każdym razie nie ogarniam. No więc kopareczka zryła, a duża betoniara przywiozła beton i takim dłuuuugim wężem lała go sobie do dołów i lała. A mój mąż podobno sam! na tym będzie murował mur z klinkieru. O!
A czemu piszę?
Bo, fuck, zgłębiam tajniki zamawiania podręczników dla gimnazjalistów naprzemiennie z pisaniem dziennika praktyk. Jak zwykle los mnie biedna zaskoczył, przenieśli termin składania tego ustrojstwa o 2 tygodnie wcześniej i zamiast w 21 muszę wyrobić się w tydzień. Jak mi się uda, polewam wirtualnie.
 

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Zonk

Stanęłam wczoraj na wadze. I zonk. Nie przyznam się ile, ale wróciłam prawie do wagi "sprzed ćwiczeń". Trzeba, naprawdę trzeba coś z tym zrobić. Żegnajcie batoniki, michałki, trufle, czekolady .... Czuję, jakbym już umarła. Żeby tak bez żadnych przyjemności w życiu? Szloch ...

Wiosna, wiosna

Wiosna, wiosna ... słońce świeci i choć temperatury ostatnio nie rozpieszczają, to jednak chęci do życia jakby większe. I energia do robienia więcej też jest. Nerka ma się dobrze (chyba, że za mało piję, wtedy się odzywa), więc wróciłam do ćwiczeń. Szału nie ma, bo na karate skręciłam nogę w kolanie, ale i tak regularny pilates i kijki ratują mnie przed popadnięciem w obłęd ;). Udało mi się nawet wyjechać z garażu rowerem. Więcej wychodzę z dzieciakami. Na urodziny chłopaki dostały rolki i hulajnogi, więc szaleją na chodnikach. Meblujemy powoli dom i przed domem. Impulsem jest oczywiście przyjęcie Kuby. Na taras Maciej wyczaił genialne meble. Chcieliśmy komplet z OBI, staliśmy już przy kasie, ale ... zonk ... meble są nieodporne na mrozy. A my nie chcemy bawić się w znoszenie klamotów do piwnicy, nie wiadomo, czy zmieściły by się na schodach. A ten komplet z artelia24 jest świetny. Wszystkie fotele i pufy chowają się pod stół i wystarczy jeden pokrowiec na wszystko. No i są...

Rajd Rowerowy w okolice Miastka - 26 IX 2015 r.

Janusz wyszykował taką przyczepkę, że mucha nie siada. Spokojnie możemy jechać na ten Bornholm. Ale, ale ... nie tak szybko, Wkoło nas tyle ciekawych miejsc, które warto zobaczyć. Dzięki Lechowi, który jest przewodnikiem PTTK, trasa kolejnej wędrówki zostaje ściśle wytyczona. Rowery zapakowane, banany na twarzach, humory i pogoda dopisują. Obieramy kurs na Miastko. Lechu z Mirką jadą swoim samochodem, Ala, Maciej, Wojtek, Marek i ja ładujemy się do wozu Janusza. Miastko miga nam tylko naprzemiennie wykonaną ścieżką rowerową (uwielbiam ten chaos na ścieżkach i przejeżdżanie z jednej strony na drugą). Zaraz za miastem górka. Cieszę się, że Maciej kupił czapkę Brubeck pod kask, bo wiatr duje jak szalony. Całe szczęście w połowie wycieczki ucichnie, wyjdzie słońce i zrobi się bardzo ciepło.  Dojeżdżamy do pierwszego przystanku.  Wołcza Wielka, czyli dwór, kościołek na rozstaju i poszukiwania włochatek krowy ;) "Miejscowość położona jest w odległości 4 km na ...