Przejdź do głównej zawartości
Nie wiem. Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem. I wszystko we mnie krzyczy, kiedy czytam o kolejnym pobitym niemowlaku, o kolejnym skatowanym małym dziecku, o kolejnej ofierze dorosłych zwyrodnialców. Staram się spychać te myśli na tył głowy, ale każde takie doniesienie powoduje, że wszystko we mnie się kurczy. Z niemocy. Z bezlitosnej świadomości, że nic nie mogę zrobić. Że to może się dziać obok mnie, a ja mogę nie zauważyć. Że kolejne dziecko doznaje przerażających krzywd, kiedy moje beztrosko bawią się w piaskownicy. Kiedy je przytulam staram się nie zadusić z miłości. I kiedy patrzę na ich uśmiechnięte, radosne buzie widzę, jakie mają dzisiaj szczęście. Dostają ze wszystkich stron miłość. Od nas, od dziadków, cioć, wujków, nawet od naszych znajomych. Żyją w ułudnej bańce, że cały świat jest dla nich, że wszędzie jest tak dobrze. Są beztroskie i bezpieczne. Bo urodziły się właśnie nam. A nie "im". Nie wiem, jaka powinna być kara dla znęcających się nad bezbronnymi. Lincz? Na środku miasta? Bez winy pewnie nie jestem, ale kto wie, czy pierwsza nie rzuciłabym kamieniem. I sama nie wiem w takich momentach czy wierzę. Bo w dobroć tego na górze już nie wierzę, ale jednocześnie jest we mnie jakieś przekonanie, że zło zostanie kiedyś ukarane, a bezbronność nagrodzona. Że tym kruszynkom będzie lepiej. A ich katom zgotuje się najgorszy los. Bo jeśli nie tak, to po co to wszystko?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zonk

Stanęłam wczoraj na wadze. I zonk. Nie przyznam się ile, ale wróciłam prawie do wagi "sprzed ćwiczeń". Trzeba, naprawdę trzeba coś z tym zrobić. Żegnajcie batoniki, michałki, trufle, czekolady .... Czuję, jakbym już umarła. Żeby tak bez żadnych przyjemności w życiu? Szloch ...

Wiosna, wiosna

Wiosna, wiosna ... słońce świeci i choć temperatury ostatnio nie rozpieszczają, to jednak chęci do życia jakby większe. I energia do robienia więcej też jest. Nerka ma się dobrze (chyba, że za mało piję, wtedy się odzywa), więc wróciłam do ćwiczeń. Szału nie ma, bo na karate skręciłam nogę w kolanie, ale i tak regularny pilates i kijki ratują mnie przed popadnięciem w obłęd ;). Udało mi się nawet wyjechać z garażu rowerem. Więcej wychodzę z dzieciakami. Na urodziny chłopaki dostały rolki i hulajnogi, więc szaleją na chodnikach. Meblujemy powoli dom i przed domem. Impulsem jest oczywiście przyjęcie Kuby. Na taras Maciej wyczaił genialne meble. Chcieliśmy komplet z OBI, staliśmy już przy kasie, ale ... zonk ... meble są nieodporne na mrozy. A my nie chcemy bawić się w znoszenie klamotów do piwnicy, nie wiadomo, czy zmieściły by się na schodach. A ten komplet z artelia24 jest świetny. Wszystkie fotele i pufy chowają się pod stół i wystarczy jeden pokrowiec na wszystko. No i są...

Jeście, jeście, jeście ...

Zainspirowana notką obsesyjnego drugiego śniadanka postanowiłam napisać małe co nie co o diecie najmłodszego. Kajetanek w duchu BLW dostawał do łapki co chciał. Od około pół roku. Efektem jest biegłość niezwykła w posługiwaniu się widelcem i łyżeczką, tudzież umiejętność picia z kubeczka. Że o umiejętnym przelewaniu napojów z kubka do kubka nie wspomnę ;). Smakosz nasz nadal najbardziej lubi moje mleko. Do tego stopnia, że kiedy jestem w domu jest problem w nakarmieniu go rzeczami bardziej treściwymi. No chyba, że braciom trzeba akurat podwędzić kabanoska, paluszki, chrupki kukurydziane lub ciasteczka ryżowe. Nie będę usiłowała też malować obrazka przedstawiającego cielęcy zachwyt w oczach Kajtka na widok opakowania czekolady. Gorzkiej, a jakże. Z obiadami generalnie nie mam problemu. Zajada ze smakiem zupki wszelakie, gardząc jednakże moją ulubioną dyniową po przyprawieniu gałką muszkatołową. Przed przyprawieniem jest git. Preferuje zawsze i wszędzie mięsko. W każdej postaci. Na h...