Przejdź do głównej zawartości
Dwa dni dobrego humoru to max. Chyba. 
Budzi mnie warknięcie, że mam wstawać. Ledwo jarzę, półprzytomna (a poszłam spać o ludzkiej porze, wyjątkowo) dopytuję o co cho. I już mam dosyć, bo nikt nie lubi, jak go budzą. A jak go budzą i są niemili to zwłaszcza. Potem lawinowo. Średni niezadowolony, bo się musi ubrać, musi zjeść, nie może znaleźć tego, owego, chce rysować, nie chce, nie może. Już samo jego bzyczenie doprowadza do białej gorączki. Ale orientuje się, że mama nie w humorze. Przeprasza, lepi się, kaja, stwierdza, że jest głupi. Nie wiem co lepsze. Najstarszy wyjątkowo widząc moją minę nie prowokuje, sam robi bez jęków śniadanie. Bosze, jak dobrze mieć odrośnięte, samoobsługowe dziecko. Mąż też jarzy, że przegiął, więc przeprasza, ale co z tego. Poranny dobry nastrój diabli wzięli. Po wczorajszej euforii nie ma śladu. Przeglądam na wszelki wypadek tornister Średniego. Czegóż tam nie ma? Rysunki, szczoteczka sprzed tygodnia, wczorajsze śniadanie (niezjedzone ofcors), śmieci. A zeszytów potrzebnych na dzisiaj ani widu ani słychu. Wrrrr. Mąż opowiada o myszy, która wlazła do studzienki i z którą trzeba coś zrobić. Nawet nie chcę wiedzieć co. W końcu zagonieni, z umytymi zębami wychodzą. Ufff. Dobrze, że Najmłodszy Obywatel świata śpi. Myję włosy, ubieram się. Niezadowolona przebieram kolejną sukienkę. Wyrzut sumienia, że wczoraj nie ćwiczyłam, a się obżarłam. Czemu to drugie jest przyjemniejsze, łatwiejsze, a efekty takie paskudne? Świat jest niefajny pod tym względem. Trzeba jednak coś ze sobą zrobić. Wychodzę. Na przystanku spada mi na chodnik komórka, mylę autobus (bo u mnie cholera tylko dwa jeżdżą ;)) Nic to, na wysokich obcasach będę musiała kawałek podjeść do pracy. Pod górkę. Dzwonię do Ewki, nie odbiera. Za wcześnie, pewnie walczy teraz z dzieciakami. Też pewnie ma podobny do mojego humor. Wieje wiatr, chcę napisać notkę o tym, jak go lubię. Taki jak dzisiaj. Ciepły, lekko porywisty. Pamiętam, jak podczas wietrznych dni jeździłam do Charzykowa, właziłam na wieżyczkę sędziowską nad jeziorem i po prostu siedziałam. Patrzyłam na jezioro i czułam, że życie przede mną. A teraz ani nie mogę tam pojechać, ani powiedzieć, że życie przede mną. Przypominam sobie co w pracy. Drugi tydzień wystawiam fakturę, miały być pieniądze na Mikołaja, będą na gwiazdkę. Marne pocieszenie. Patrzę na komórkę. Fuck. Pękła matryca. Na razie wszystko ok, ale ten fakt przybija mi gwóźdź do przysłowiowej trumny. Przede mną popołudniowa wizyta u lekarza. Muszę zrobić przegląd techniczny, porobić zaległe badania i sprawdzić tarczycę. Mija ponad rok, odkąd u siorki wykryto raka, a ja wciąż zwlekałam z badaniami. Ciągle nie mam czasu. I pieniędzy. Na i dla siebie. Czasami, tak jak dzisiaj, dwa razy mocniej czuję, że gdzieś po drodze zgubiłam marzenia. I jakąś część siebie też.

Komentarze

  1. dziś mój mąż ma wolne, więc mam dokladnie zorganizowany czas ;) Jutro pogadamy, jesli obie bedziemy żywe... ;)
    Przytulam :*

    OdpowiedzUsuń
  2. He, he to współczuję bardzo, Idę położyć chopaków, bo zdycham

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Zonk

Stanęłam wczoraj na wadze. I zonk. Nie przyznam się ile, ale wróciłam prawie do wagi "sprzed ćwiczeń". Trzeba, naprawdę trzeba coś z tym zrobić. Żegnajcie batoniki, michałki, trufle, czekolady .... Czuję, jakbym już umarła. Żeby tak bez żadnych przyjemności w życiu? Szloch ...

Wiosna, wiosna

Wiosna, wiosna ... słońce świeci i choć temperatury ostatnio nie rozpieszczają, to jednak chęci do życia jakby większe. I energia do robienia więcej też jest. Nerka ma się dobrze (chyba, że za mało piję, wtedy się odzywa), więc wróciłam do ćwiczeń. Szału nie ma, bo na karate skręciłam nogę w kolanie, ale i tak regularny pilates i kijki ratują mnie przed popadnięciem w obłęd ;). Udało mi się nawet wyjechać z garażu rowerem. Więcej wychodzę z dzieciakami. Na urodziny chłopaki dostały rolki i hulajnogi, więc szaleją na chodnikach. Meblujemy powoli dom i przed domem. Impulsem jest oczywiście przyjęcie Kuby. Na taras Maciej wyczaił genialne meble. Chcieliśmy komplet z OBI, staliśmy już przy kasie, ale ... zonk ... meble są nieodporne na mrozy. A my nie chcemy bawić się w znoszenie klamotów do piwnicy, nie wiadomo, czy zmieściły by się na schodach. A ten komplet z artelia24 jest świetny. Wszystkie fotele i pufy chowają się pod stół i wystarczy jeden pokrowiec na wszystko. No i są...

Jeście, jeście, jeście ...

Zainspirowana notką obsesyjnego drugiego śniadanka postanowiłam napisać małe co nie co o diecie najmłodszego. Kajetanek w duchu BLW dostawał do łapki co chciał. Od około pół roku. Efektem jest biegłość niezwykła w posługiwaniu się widelcem i łyżeczką, tudzież umiejętność picia z kubeczka. Że o umiejętnym przelewaniu napojów z kubka do kubka nie wspomnę ;). Smakosz nasz nadal najbardziej lubi moje mleko. Do tego stopnia, że kiedy jestem w domu jest problem w nakarmieniu go rzeczami bardziej treściwymi. No chyba, że braciom trzeba akurat podwędzić kabanoska, paluszki, chrupki kukurydziane lub ciasteczka ryżowe. Nie będę usiłowała też malować obrazka przedstawiającego cielęcy zachwyt w oczach Kajtka na widok opakowania czekolady. Gorzkiej, a jakże. Z obiadami generalnie nie mam problemu. Zajada ze smakiem zupki wszelakie, gardząc jednakże moją ulubioną dyniową po przyprawieniu gałką muszkatołową. Przed przyprawieniem jest git. Preferuje zawsze i wszędzie mięsko. W każdej postaci. Na h...