Jak zwykle, kiedy kolejny
syn wyrasta z pampków i bezcennej obecności mamusi wzrok odwracam w
stronę tego, co lubię (poza rodziną oczywiście).
Czyli do architektury.
Czyli do architektury.
Zaczyna się niewinnie od czytania
branżowej prasy w ilości większej niż dwie szpalty do snu. Potem
szperanie w necie. Tyle pracowni, stron, portali. Choć na facebooku
jestem już jakiś czas, to dopiero niedawno odkryłam mnogość stron
poświęconych architekturze. Większość polubień nie przetrwała próby
czasu, ale kilka interesujących zostało. Lubię zwłaszcza te, które
prezentują polską architekturę, głównie z powodu moich ograniczeń
językowych (to kolejny po dojściu do formy punkt na mojej liście
życzeń), choć nie tylko.
Głównym chyba bodźcem do śledzenia
rozwoju rodzimych zmagań architektów jest pytanie, które mi się od razu
nasuwa "jak oni to robią?". Pierwsze podstawowe skąd biorą inwestorów,
którzy cenią dobrą architekturę? Skąd czerpią inspiracje? Jak postęp
myśli technicznej widać w ich budynkach?
Architektowi z dużego miasta czasami
trudno zrozumieć rynek małych miast. Trudno pojąć, że słowo "tanio" jest
najczęściej używanym słowem w rozmowach z inwestorem. Trudno pojąć
frustrację gdy pierwotna koncepcja, nocami kreślona w myślach,
przyobleka się w formę daleką od ideału. Gdy ideał sięga prawie bruku,
gdy elewacja z paneli stalowych zamienia się w tynk z boniami. Gdy
fasada strukturalna podzielona zostaje na zwykłe okna. gdy zamiast
balustrady przez duże B dostajemy tralki. I gdy w końcu zapłata za
projekt ze złota zmienia się w tombak, bo "inni zrobią mi to za 500 zł".
A może nie tak trudno? Oni pewnie
mają inne gaże za projekt, ale też walka o klienta w przepełnionych
architektami dużych miastach, do łatwych nie należy. Nie wspominając o
pracy "u kogoś", tam posunięta do granic absurdu w wykorzystywaniu
nadgodzin.
Ale w sumie wpis miał być o czym innym niż o naszych małych polskich realiach.
Miał być o wspaniałym narzędziu
kontaktu, jakim jest internet. O poznawaniu innych ludzi parających się
tym samym. O fantastycznych projektach, których ilość przerasta granice
percepcji. O moim "oknie na świat". Siedzę sobie w domu, zmywarka myje
za mnie naczynia po całym dniu karmienia rodziny, a ja wychodzę "przed
dom" i patrzę, co się na świecie buduje. Radość dla oczu, choć czasem,
jak w przypadku "koszmarów" także zgrzytanie zębów.
Linki do ulubionych portali, pracowni, stron zamieszczam obok. Dodam niedługo linki do facea, bo tam najwięcej siedzę.
Teraz idę poczytać "Źle urodzone" ...
Komentarze
Prześlij komentarz