Przejdź do głównej zawartości

Ku pamięci - pierwsza krew ;)

Ci, co na fejsie to wiedzą. Ja muszę zapisać ku pamięci.
Kajtek, lat prawie trzy we wtorek wieczorem zapodał rodzicom mocny akcent na koniec dnia. Goniąc za Kubą poleciał brodą na krawędź łóżka (wiwat umiłowanie matki do wystających elementów prostokątnych) i brodę oną sobie był rozciął. Po otarciu morza krwi ukazał się matce obraz nędzy i rozpaczy, czyli dziura przez duże D. Pomna blizny sprzed lat prawie dwóch lat, umiejscowionej przy prawym oku i czyniącym z dziecka lewego profilu profil skośnooki, matka zawyrokowała "jedziemy na pogotowie". Niech fachowcy ocenią czy szyć warto, czy nie warto. Z wyjącym wniebogłosy "ja nie chciem do pitala" Najmłodszym matka udała się samochodowo na pobliski oddział ratunkowy (widać go z okna na poddaszu). Odwróciwszy uwagę poszkodowanego pięknym gwiazdozbiorem i jasnym sierpem "cienzyca" popędziła po schodach ku dyżurce. Sprawa została załatwiona w miarę (jak na warunki pogotowia) szybko i po żółtej kresce na posadzce udała się w kierunku gabinetu dyżurujących chirurgów. Miły pan doktor po życzliwych uwagach na temat sadyzmu swego zawodu czynionych przez matkę zbadał ofiarę i orzekł, że owszem, szyć trzeba, bo miejsce nieciekawe, narażone na rozciągnięcie (co zresztą ofiara zębami od kilku minut sama demonstrowała). Przygotowania do zabiegu "z poradnika młodego sadysty" przedłużyły się o trwającą minut kilka rozmowę telefoniczną lekarza i zabawianie w tym czasie matki przez asystenta rozmową ogólną (dzieci, wypadki, szycie czyli robótki ręczne). Syn w tym czasie spoczywał w ramionach rodzicielki usiłując wcisnąć się pod obojczyk i zachlastać krwią resztki czystej odzieży. Samo szycie poszło w miarę sprawnie, czym matka była mocno zdziwiona. Albowiem w gabinetach zabiegowych mają lampy bardzo jasno świecące i poszkodowany oślepiony dającym po gałach oświetleniem był zamknął oczy i odpłynął. Cicho jak mysza, nawet nie drgnął przy podawaniu znieczulenia. Pewnie ze strachu i niewiedzy co go czeka. Szwy założone zostały dwa. Precyzyjnie, koronkowa robota. Papierologia załatwiona błyskawicznie z uwagą "proszę przyjść ściągnąć szwy po tygodniu jak będzie co ściągać". Prorocze słowa objawiły swoją prawdę po dwóch dobach, kiedy to ofiara zdołała jakimś cudem pozbyć się w nocy jednego szwa. W międzyczasie raczyła też mamę opowieściami o tym, jak strasznie było u "pana doktola". 
Ja: "Jak jutro przyjdzie babcia opowiesz jej, jak było w szpitalu"
Kajtek: "Tak, opowiem jej stlasnom bajke".
A nadzieję, że boląca japa pozwoli w miarę bezproblemowo odstawić mlekopija od cyca pozostały w sferze marzeń "na później". Sumienie nie pozwala albowiem odmówić spragnionemu  cycocholikowi masochistycznych zabiegów związanych ze ssaniem obolałym i spuchniętym dziobem. Dzieci zaiste wytrzymałe są w bólu albo, co pewnie prawdziwsze, niewprawne jeszcze w bolesnym marudzeniu (bo o zabawki i tv marudzić jednak potrafią).

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Zonk

Stanęłam wczoraj na wadze. I zonk. Nie przyznam się ile, ale wróciłam prawie do wagi "sprzed ćwiczeń". Trzeba, naprawdę trzeba coś z tym zrobić. Żegnajcie batoniki, michałki, trufle, czekolady .... Czuję, jakbym już umarła. Żeby tak bez żadnych przyjemności w życiu? Szloch ...

Wiosna, wiosna

Wiosna, wiosna ... słońce świeci i choć temperatury ostatnio nie rozpieszczają, to jednak chęci do życia jakby większe. I energia do robienia więcej też jest. Nerka ma się dobrze (chyba, że za mało piję, wtedy się odzywa), więc wróciłam do ćwiczeń. Szału nie ma, bo na karate skręciłam nogę w kolanie, ale i tak regularny pilates i kijki ratują mnie przed popadnięciem w obłęd ;). Udało mi się nawet wyjechać z garażu rowerem. Więcej wychodzę z dzieciakami. Na urodziny chłopaki dostały rolki i hulajnogi, więc szaleją na chodnikach. Meblujemy powoli dom i przed domem. Impulsem jest oczywiście przyjęcie Kuby. Na taras Maciej wyczaił genialne meble. Chcieliśmy komplet z OBI, staliśmy już przy kasie, ale ... zonk ... meble są nieodporne na mrozy. A my nie chcemy bawić się w znoszenie klamotów do piwnicy, nie wiadomo, czy zmieściły by się na schodach. A ten komplet z artelia24 jest świetny. Wszystkie fotele i pufy chowają się pod stół i wystarczy jeden pokrowiec na wszystko. No i są...

Rajd Rowerowy w okolice Miastka - 26 IX 2015 r.

Janusz wyszykował taką przyczepkę, że mucha nie siada. Spokojnie możemy jechać na ten Bornholm. Ale, ale ... nie tak szybko, Wkoło nas tyle ciekawych miejsc, które warto zobaczyć. Dzięki Lechowi, który jest przewodnikiem PTTK, trasa kolejnej wędrówki zostaje ściśle wytyczona. Rowery zapakowane, banany na twarzach, humory i pogoda dopisują. Obieramy kurs na Miastko. Lechu z Mirką jadą swoim samochodem, Ala, Maciej, Wojtek, Marek i ja ładujemy się do wozu Janusza. Miastko miga nam tylko naprzemiennie wykonaną ścieżką rowerową (uwielbiam ten chaos na ścieżkach i przejeżdżanie z jednej strony na drugą). Zaraz za miastem górka. Cieszę się, że Maciej kupił czapkę Brubeck pod kask, bo wiatr duje jak szalony. Całe szczęście w połowie wycieczki ucichnie, wyjdzie słońce i zrobi się bardzo ciepło.  Dojeżdżamy do pierwszego przystanku.  Wołcza Wielka, czyli dwór, kościołek na rozstaju i poszukiwania włochatek krowy ;) "Miejscowość położona jest w odległości 4 km na ...