Przejdź do głównej zawartości

W końcu trafił mi się inwestor, który ciągnie mnie w górę. Dzięki Tomasz. Przyzwyczaiłam się do sytuacji, w której ja projektuję coś z nowoczesnych materiałów, stosuję jakieś wygibasy z formą, a potem ... wyszło jak wyszło ... materiały stają się "najtańsze", forma zostaje zakryta wielką reklamą sklepu, a ja ... no cóż. Wtedy czuję się jak zmokły pies. Bez werwy, bez serca do pracy, bez odwagi, by za każdym razem przekonywać inwestora do swoich racji. Przysypiam, powszednieję, rozleniwiam się. Teraz jest odwrotnie. Okazuje się, że wcale nie musi być drogo, żeby było ładnie. Że mniej znaczy lepiej, a "czyszczenie" elewacji ze zbędnego detalu daje całkiem ciekawe efekty. Dodam też, że mój inwestor każdy nowy pomysł przekuwa od razu w prototyp, więc mam okazję zaraz, szybko, zobaczyć efekt naszych (a właściwie głównie jego) pomysłów. Jak choćby ten z zastąpieniem modnego deskowania znacznie ciekawszymi płytami ze sklejki. To taki pozytywny zastrzyk energii. Zwłaszcza, ze Tomasz ma milion pomysłów na godzinę i nie sposób się nudzić. Może tylko jest problem ze zdecydowaniem się na któreś rozwiązanie i skończenie projektu na czas ;)
 
 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zonk

Stanęłam wczoraj na wadze. I zonk. Nie przyznam się ile, ale wróciłam prawie do wagi "sprzed ćwiczeń". Trzeba, naprawdę trzeba coś z tym zrobić. Żegnajcie batoniki, michałki, trufle, czekolady .... Czuję, jakbym już umarła. Żeby tak bez żadnych przyjemności w życiu? Szloch ...

Wiosna, wiosna

Wiosna, wiosna ... słońce świeci i choć temperatury ostatnio nie rozpieszczają, to jednak chęci do życia jakby większe. I energia do robienia więcej też jest. Nerka ma się dobrze (chyba, że za mało piję, wtedy się odzywa), więc wróciłam do ćwiczeń. Szału nie ma, bo na karate skręciłam nogę w kolanie, ale i tak regularny pilates i kijki ratują mnie przed popadnięciem w obłęd ;). Udało mi się nawet wyjechać z garażu rowerem. Więcej wychodzę z dzieciakami. Na urodziny chłopaki dostały rolki i hulajnogi, więc szaleją na chodnikach. Meblujemy powoli dom i przed domem. Impulsem jest oczywiście przyjęcie Kuby. Na taras Maciej wyczaił genialne meble. Chcieliśmy komplet z OBI, staliśmy już przy kasie, ale ... zonk ... meble są nieodporne na mrozy. A my nie chcemy bawić się w znoszenie klamotów do piwnicy, nie wiadomo, czy zmieściły by się na schodach. A ten komplet z artelia24 jest świetny. Wszystkie fotele i pufy chowają się pod stół i wystarczy jeden pokrowiec na wszystko. No i są...

Jeście, jeście, jeście ...

Zainspirowana notką obsesyjnego drugiego śniadanka postanowiłam napisać małe co nie co o diecie najmłodszego. Kajetanek w duchu BLW dostawał do łapki co chciał. Od około pół roku. Efektem jest biegłość niezwykła w posługiwaniu się widelcem i łyżeczką, tudzież umiejętność picia z kubeczka. Że o umiejętnym przelewaniu napojów z kubka do kubka nie wspomnę ;). Smakosz nasz nadal najbardziej lubi moje mleko. Do tego stopnia, że kiedy jestem w domu jest problem w nakarmieniu go rzeczami bardziej treściwymi. No chyba, że braciom trzeba akurat podwędzić kabanoska, paluszki, chrupki kukurydziane lub ciasteczka ryżowe. Nie będę usiłowała też malować obrazka przedstawiającego cielęcy zachwyt w oczach Kajtka na widok opakowania czekolady. Gorzkiej, a jakże. Z obiadami generalnie nie mam problemu. Zajada ze smakiem zupki wszelakie, gardząc jednakże moją ulubioną dyniową po przyprawieniu gałką muszkatołową. Przed przyprawieniem jest git. Preferuje zawsze i wszędzie mięsko. W każdej postaci. Na h...