Przejdź do głównej zawartości

Rowerowe wakacje ...

W te wakacje, które zdecydowanie dla rodziców z wakacjami nie miały NIC wspólnego, rodzice postanowili ... pomyśleć o sobie. Nie znaczy to oczywiście, że wybuchła między nimi młodzieńcza miłość czy takie tam, ale zdecydowali, że skoro mają tak masakrycznie mało czasu DLA SIEBIE to spędzą go tak jak SAMI chcą, a nie jak dotychczas, dogadzając synom.
Dwoje najmłodszych dzielnie więc całe wakacje wędrowało od babci do babci, Kubę dodatkowo prawie co tydzień przepakowywałam na regaty. Marudził, jęczał, narzekał na brak wolnego czasu (czytaj: czasu na komputer), ale z całej rodziny to on najwięcej w tym roku pozwiedzał. Co prawda raczej bazy żeglarskie, ale co tam, z ulubionymi kolegami i dziadkiem. Którego od tych wakacji zwać będziemy fundamentalistą żeglarskim. Zwał jak zwał, dziadek dotychczas zupełnie nie-wnuczkowy zaangażował się w to, co lubi najbardziej, czyli kompletowanie sprzętu i akcesoriów żeglarskich. Wprawę ma, łajb wyrychtował już tyle, że nawet ja się gubię. A że przy okazji chociaż jeden wnuczek łyknie trochę jego obecności, nie jest źle. Babcie sprawiły się dzielnie, a ja z ulgą przekazywałam chłopaków od jednej do drugiej. Wyrodna matka. W tym roku moje zmęczenie okołodzieciowe sięgnęło zenitu.
No i doszły jeszcze ... rowery. Kolejne podejścia do biegania były ... hmmm ... trudne i kończyły się szybko bólem pleców i nogi. A po rowerze ... obleci. Jak zrobię od razu ćwiczenia rozciągające to prawie nic nie boli. No i jeszcze mogę jeździć z Maciejem albo Kacprem (tak tak, najstarszy został z rodzicami i oddawał się w spokoju chemii, grom i e-bookom). Dzięki koledze poznanemu przez fejsa, z którym twarzą w twarz stanęłam dopiero na Nocnym Turze, rozkręciła się nieformalna grupa miłośników rowerów. Zaczęły się rajdy. Najpierw wkoło komina, czyli po ścieżce rowerowej. Fejs to cudowne miejsce, zagada jeden do drugiego i robią fajne rzeczy ;) Więc i my przez fejsa pojechaliśmy najpierw wokół Parku, potem do Fojutowa, na Rajd Kaszubskiej Marszruty, a w ostatnią sobotę w okolice Miastka. Dzięki wsparciu Lecha, przewodnika PTTK, trasy są ciekawe. Nie tylko rowerowo (bo z tym różnie bywa), ale zwiedzamy także lokalne atrakcje.

Pierwsza wyprawa.
Chojnice - Męcikał - Brusy - Wielkie Chełmy - Drzewicz - Swornegacie - Charzykowy - Chojnice

Start spod Kauflandu. Trasa przyjemna, w połowie mi nieznana. Nasza ścieżka rowerowa to część Kaszubskiej Marszruty. Dużo lasu, jezior, fajne widoki. Ale najfajniejsze - towarzystwo.

 
 
  
 


Ta wycieczka mało mnie nie zabiła. Nie dosyć, że dużo km to jeszcze niemiłosierny upał. Trafiliśmy w najcieplejszy dzień tego lata. Macieja termometr wskazywał 43 st. w słońcu. Pierwszy raz zdjęłam kask, bo mózg usiłował mi się zagotować. Pierwsza część trasy była niezwykle przyjemna, bo wyjechaliśmy rano i droga biegła prawie wyłącznie przez las. To słońce ... jeszcze widzę te migające przez liście promyki i czuję ciepło. Stanęliśmy w Fojutowie, zwiedziliśmy akwedukt i usiłując coś przekąsić podziwialiśmy tłumy turystów czekających w kolejce na basen. Dziwne zważywszy na to, że to obok kanału, a w promieniu 30 km jeziora. Droga powrotna miała prowadzić przez pola, ale komisyjnie przegłosowaliśmy ten pomysł i ... to był strzał w dziesiątkę. Nie wiem czy dałabym radę dojechać do domu przez pola. Już przez las było nie do zniesienia. Z nieba dosłownie lał się żar. nauczka na przyszłość ... rozsądek podpowiada w taką pogodę siedzieć w domu albo wodzie, rozsądku trzeba słuchać.

 
 
 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zonk

Stanęłam wczoraj na wadze. I zonk. Nie przyznam się ile, ale wróciłam prawie do wagi "sprzed ćwiczeń". Trzeba, naprawdę trzeba coś z tym zrobić. Żegnajcie batoniki, michałki, trufle, czekolady .... Czuję, jakbym już umarła. Żeby tak bez żadnych przyjemności w życiu? Szloch ...

Wiosna, wiosna

Wiosna, wiosna ... słońce świeci i choć temperatury ostatnio nie rozpieszczają, to jednak chęci do życia jakby większe. I energia do robienia więcej też jest. Nerka ma się dobrze (chyba, że za mało piję, wtedy się odzywa), więc wróciłam do ćwiczeń. Szału nie ma, bo na karate skręciłam nogę w kolanie, ale i tak regularny pilates i kijki ratują mnie przed popadnięciem w obłęd ;). Udało mi się nawet wyjechać z garażu rowerem. Więcej wychodzę z dzieciakami. Na urodziny chłopaki dostały rolki i hulajnogi, więc szaleją na chodnikach. Meblujemy powoli dom i przed domem. Impulsem jest oczywiście przyjęcie Kuby. Na taras Maciej wyczaił genialne meble. Chcieliśmy komplet z OBI, staliśmy już przy kasie, ale ... zonk ... meble są nieodporne na mrozy. A my nie chcemy bawić się w znoszenie klamotów do piwnicy, nie wiadomo, czy zmieściły by się na schodach. A ten komplet z artelia24 jest świetny. Wszystkie fotele i pufy chowają się pod stół i wystarczy jeden pokrowiec na wszystko. No i są...

Jeście, jeście, jeście ...

Zainspirowana notką obsesyjnego drugiego śniadanka postanowiłam napisać małe co nie co o diecie najmłodszego. Kajetanek w duchu BLW dostawał do łapki co chciał. Od około pół roku. Efektem jest biegłość niezwykła w posługiwaniu się widelcem i łyżeczką, tudzież umiejętność picia z kubeczka. Że o umiejętnym przelewaniu napojów z kubka do kubka nie wspomnę ;). Smakosz nasz nadal najbardziej lubi moje mleko. Do tego stopnia, że kiedy jestem w domu jest problem w nakarmieniu go rzeczami bardziej treściwymi. No chyba, że braciom trzeba akurat podwędzić kabanoska, paluszki, chrupki kukurydziane lub ciasteczka ryżowe. Nie będę usiłowała też malować obrazka przedstawiającego cielęcy zachwyt w oczach Kajtka na widok opakowania czekolady. Gorzkiej, a jakże. Z obiadami generalnie nie mam problemu. Zajada ze smakiem zupki wszelakie, gardząc jednakże moją ulubioną dyniową po przyprawieniu gałką muszkatołową. Przed przyprawieniem jest git. Preferuje zawsze i wszędzie mięsko. W każdej postaci. Na h...