Przejdź do głównej zawartości

"Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił" Nicola Sellmair, Jennifer Teege

Od czasu do czasu zamiast czytać książkę, po prostu w niej tonę. Czas nie istnieje, istnieje tylko to, co przemyka przez głowę z każdym czytanym słowem. Zaczęłam wczoraj wieczorem, może koło 20-tej. O 2-ej w nocy skończyłam i trochę czasu zabrało mi zaśnięcie. Nie tak łatwo wydobyć się z odmętów innego świata.

Wojna, a zwłaszcza eksterminacja Żydów, to coś, co mojemu pokoleniu towarzyszy od dzieciństwa. Nie tak blisko i "osobiście" jak pokoleniu naszych rodziców, ale na pewno dużo bliżej niż pokoleniu moich dzieci. Odkąd nauczyłam się czytać szukam książek opisujących czasy, kiedy niełatwo było pozostać człowiekiem i w człowieczeństwo nie zwątpić. Do dzisiaj nie ogarniam, jak ludzie mogli robić innym ludziom takie straszne rzeczy.
Jennifer jest czarnoskórą 38-latką, szczęśliwą żoną i matką dwójki urwisów. Ciekawą świata, odważną kobietą, która od czasu do czasu zanurza się w krainę smutku. Pewnie to wina tego, że w dzieciństwie została oddana do sierocińca, a w wieku 6 lat została adoptowana. Kocha jednak bardzo swoich przybranych rodziców i braci, tworzą zgraną rodzinę. Kontakt z biologiczną matką i babcią urwał się po adopcji, czas trochę "zaleczył rany". Jennifer skończyła studia, wyjechała do Izraela, nawiązała bliskie przyjaźnie z mieszkającymi tam dwiema dziewczynami.
Pewnego dnia w bibliotece trafia na książkę o swojej biologicznej matce. Z niedowierzaniem i w coraz większym szoku czyta, że jej matka jest jedyną córką zwyrodniałego sadysty, komendanta obozu koncentracyjnego w Płaszowie, likwidatora krakowskiego getta, Amona Gotha. W ciągu kilku chwil jej życie wywraca się dosłownie do góry nogami. Powrót do normalności, przepracowanie historii rodzinnej, pogodzenie się z faktem, że jest wnuczką wojennego oprawcy zajmie jej ponad 3 lata. Będzie musiała określić się na nowo, będzie musiała od nowa zdefiniować uczucie do biologicznej babci i matki. 
Książka pokazała mi pierwszy raz tak dobitnie, jak bardzo wojna zniszczyła życie kolejnym pokoleniom. Że cierpiały nie tylko ofiary wojny. Że kolejne pokolenia dzieci nazistów i ich sympatyków też zapłaciły bardzo wysoką cenę. Wojna nie kończy się z dniem jej ustania. Prześladuje dzieci i wnuki. Każe konfrontować się z rodzinnymi tajemnicami, milczeniem, obojętnością bliskich. Niszczy życie kolejnym członkom rodziny. Jak domino dotyka swoim piętnem niewinnych. 
Jennifer jest silna, dąży do poznania prawdy. Jedzie do Polski, odwiedza dom, w którym mieszkał dziadek z babcią, obozy koncentracyjne. Wypytuje, odnawia kontakt z matką, usiłuje zrozumieć i nie znienawidzić swojej babci, kochanki komendanta. Zrozumienie dlaczego matka nie była w stanie jej wychować paradoksalnie daje jej wolność i spokój. Najgorsze, że musi opowiedzieć kim jest także przyjaciółkom. Tym, których dziadkowie i krewni zginęli bestialsko zamordowani przez podobnych do jej dziadka nazistów.
Jeszcze teraz myśli krążą mi po głowie jak stado namolnych much. Ta historia nie chce się ode mnie odczepić. Zmusza do poszukiwań podobnych historii. Żeby trochę lepiej zrozumieć tamten czas. Żeby choć dotknąć rzeczywistości, w której mój dziadek ukrywał się przed Niemcami, a babcia do końca życia bała się wody, bo widziała tonący okręt na kanale La Manche.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zonk

Stanęłam wczoraj na wadze. I zonk. Nie przyznam się ile, ale wróciłam prawie do wagi "sprzed ćwiczeń". Trzeba, naprawdę trzeba coś z tym zrobić. Żegnajcie batoniki, michałki, trufle, czekolady .... Czuję, jakbym już umarła. Żeby tak bez żadnych przyjemności w życiu? Szloch ...

Wiosna, wiosna

Wiosna, wiosna ... słońce świeci i choć temperatury ostatnio nie rozpieszczają, to jednak chęci do życia jakby większe. I energia do robienia więcej też jest. Nerka ma się dobrze (chyba, że za mało piję, wtedy się odzywa), więc wróciłam do ćwiczeń. Szału nie ma, bo na karate skręciłam nogę w kolanie, ale i tak regularny pilates i kijki ratują mnie przed popadnięciem w obłęd ;). Udało mi się nawet wyjechać z garażu rowerem. Więcej wychodzę z dzieciakami. Na urodziny chłopaki dostały rolki i hulajnogi, więc szaleją na chodnikach. Meblujemy powoli dom i przed domem. Impulsem jest oczywiście przyjęcie Kuby. Na taras Maciej wyczaił genialne meble. Chcieliśmy komplet z OBI, staliśmy już przy kasie, ale ... zonk ... meble są nieodporne na mrozy. A my nie chcemy bawić się w znoszenie klamotów do piwnicy, nie wiadomo, czy zmieściły by się na schodach. A ten komplet z artelia24 jest świetny. Wszystkie fotele i pufy chowają się pod stół i wystarczy jeden pokrowiec na wszystko. No i są...

Jeście, jeście, jeście ...

Zainspirowana notką obsesyjnego drugiego śniadanka postanowiłam napisać małe co nie co o diecie najmłodszego. Kajetanek w duchu BLW dostawał do łapki co chciał. Od około pół roku. Efektem jest biegłość niezwykła w posługiwaniu się widelcem i łyżeczką, tudzież umiejętność picia z kubeczka. Że o umiejętnym przelewaniu napojów z kubka do kubka nie wspomnę ;). Smakosz nasz nadal najbardziej lubi moje mleko. Do tego stopnia, że kiedy jestem w domu jest problem w nakarmieniu go rzeczami bardziej treściwymi. No chyba, że braciom trzeba akurat podwędzić kabanoska, paluszki, chrupki kukurydziane lub ciasteczka ryżowe. Nie będę usiłowała też malować obrazka przedstawiającego cielęcy zachwyt w oczach Kajtka na widok opakowania czekolady. Gorzkiej, a jakże. Z obiadami generalnie nie mam problemu. Zajada ze smakiem zupki wszelakie, gardząc jednakże moją ulubioną dyniową po przyprawieniu gałką muszkatołową. Przed przyprawieniem jest git. Preferuje zawsze i wszędzie mięsko. W każdej postaci. Na h...