Przejdź do głównej zawartości
Pomalutku.
Powrót do bloga ma być jednym z moich kroków ... w jakim kierunku nie wiem, mam nadzieję, że lepszym.
Ostatnie 2,5 miesiąca to okres trudny dla mnie i dla całej naszej rodziny. Jak się psuje jedno koło zamachowe, na dodatek to spajające, to dupa. A popsuła się mama.
Chory kręgosłup okazał się być kamieniem nerkowym, który na dodatek konkretnie utknął w moczowodzie. Przy okazji ujawnił wrodzoną wadę, czyli podmiedniczkowe zwężenie moczowodu. Zwał jak zwał. Grunt, że po prawie roku błądzenia wśród różnych hipotez, oszczędzania się na ćwiczeniach, nawracających bólach ... diagnoza była trafna. Owocem owej diagnozy i rocznego zwlekania okazały się dwie operacje w znieczuleniu dolędźwiowym z "głupim Jasiem" na moje własne życzenie. Dwa miesiące żyję z wszczepionym cewnikiem między nerką a pęcherzem. Dwa miesiące na tabletkach przeciwbólowych, przeciwzapalnych, z zastrzykami przeciwzakrzepowymi. Miesiąc z takim bólem nerki, że czułam się jak obita bejsbolem. Właściwie spędziłam ten czas na fotelu, opłakując walącą się szybko formę, na którą w końcu niemało pracowałam. Smętnie oglądałam nieużywane dvd z ćwiczeniami i ze złością zerkałam na rower treningowy, nówkę nieśmiganą, której nawet nie zdążyłam przetestować. Mimo zapewnień lekarzy, że "mogę wszystko", okazałam się być tym przypadkiem, który "nie może nic". Najgorsze było to, że nawet krótki pieszy spacer kończył się dla mnie dwudniowym krwiomoczem i tępym bólem pleców. Dwa pobyty w szpitalu były całkiem przyjemne. Na pierwszy zabieg szłam optymistycznie nastawiona ... miało być tylko pozbycie się kamienia. Oddział urologiczny to przemili ludzie, świetny ordynator i lekarze, najwspanialsze pielęgniarki pod słońcem, nowy sprzęt. Co z tego skoro skończyło się pociachaniem od środka i zamontowaniem tej paskudnej rureczki. Druga operacja to zupełnie inny humor. Wymęczona spałam przez 3 dni z małymi przerwami, aż pielęgniarki były zaniepokojone, że ich wesoła pacjentka zupełnie nie przypomina siebie. Wyszłam ze szpitala ponaprawiana, jeszcze z cewnikiem, ale ordynator był zadowolony z efektu operacji. Ja mniej, bo znowu paskudnie bolało. W domu na dodatek trafiłam na istny pogrom, epidemię grypy, która w kilka godzin po moim powrocie położyła do łóżka mojego męża, a potem w odstępie dwudniowym Kubę i Kajtka. Całe szczęście powoli dochodzimy do siebie, a ja odliczam dni do poniedziałku. Idę do przychodni wyjąć to całe ustrojstwo. I zamierzam z lekka "zmartwychwstać", ruszyć w końcu tyłek. Bo dla całej rodziny moje siedzenie w domu oznaczało brak ruchu i atrakcji. Dzieci są już z lekka zmęczone takim trybem życia i podkręcają atmosferę. 
Jak to mówią? Byle do wiosny.
Czemu to piszę? Żeby jakoś zacząć. A chwilowo depresyjny nastrój każe mi się porozczulać nad sobą. Potem przyjdzie czas na opisanie Świąt, nowych firanek, przenosin Kacpra do liceum w Toruniu. Teraz jestem ja ...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zonk

Stanęłam wczoraj na wadze. I zonk. Nie przyznam się ile, ale wróciłam prawie do wagi "sprzed ćwiczeń". Trzeba, naprawdę trzeba coś z tym zrobić. Żegnajcie batoniki, michałki, trufle, czekolady .... Czuję, jakbym już umarła. Żeby tak bez żadnych przyjemności w życiu? Szloch ...

Wiosna, wiosna

Wiosna, wiosna ... słońce świeci i choć temperatury ostatnio nie rozpieszczają, to jednak chęci do życia jakby większe. I energia do robienia więcej też jest. Nerka ma się dobrze (chyba, że za mało piję, wtedy się odzywa), więc wróciłam do ćwiczeń. Szału nie ma, bo na karate skręciłam nogę w kolanie, ale i tak regularny pilates i kijki ratują mnie przed popadnięciem w obłęd ;). Udało mi się nawet wyjechać z garażu rowerem. Więcej wychodzę z dzieciakami. Na urodziny chłopaki dostały rolki i hulajnogi, więc szaleją na chodnikach. Meblujemy powoli dom i przed domem. Impulsem jest oczywiście przyjęcie Kuby. Na taras Maciej wyczaił genialne meble. Chcieliśmy komplet z OBI, staliśmy już przy kasie, ale ... zonk ... meble są nieodporne na mrozy. A my nie chcemy bawić się w znoszenie klamotów do piwnicy, nie wiadomo, czy zmieściły by się na schodach. A ten komplet z artelia24 jest świetny. Wszystkie fotele i pufy chowają się pod stół i wystarczy jeden pokrowiec na wszystko. No i są...

Jeście, jeście, jeście ...

Zainspirowana notką obsesyjnego drugiego śniadanka postanowiłam napisać małe co nie co o diecie najmłodszego. Kajetanek w duchu BLW dostawał do łapki co chciał. Od około pół roku. Efektem jest biegłość niezwykła w posługiwaniu się widelcem i łyżeczką, tudzież umiejętność picia z kubeczka. Że o umiejętnym przelewaniu napojów z kubka do kubka nie wspomnę ;). Smakosz nasz nadal najbardziej lubi moje mleko. Do tego stopnia, że kiedy jestem w domu jest problem w nakarmieniu go rzeczami bardziej treściwymi. No chyba, że braciom trzeba akurat podwędzić kabanoska, paluszki, chrupki kukurydziane lub ciasteczka ryżowe. Nie będę usiłowała też malować obrazka przedstawiającego cielęcy zachwyt w oczach Kajtka na widok opakowania czekolady. Gorzkiej, a jakże. Z obiadami generalnie nie mam problemu. Zajada ze smakiem zupki wszelakie, gardząc jednakże moją ulubioną dyniową po przyprawieniu gałką muszkatołową. Przed przyprawieniem jest git. Preferuje zawsze i wszędzie mięsko. W każdej postaci. Na h...